Mam w rękach ostatni tegoroczny numer tygodnika „Piłka nożna”. To wydanie świąteczno-noworoczne (nr 51-52 z datą 20 grudnia 2011), więc tradycyjnie podwójne – 96 stron w kolorze na dobrej jakości papierze. Już jakiś czas temu podjąłem decyzję, że będzie to mój ostatni już egzemplarz tego pisma. Nadszedł koniec piętnastoletniej ery…

W tym roku „PN” obchodziła swoje 55. urodziny. Ukazuje się bowiem nieprzerwanie od 1 czerwca 1956 roku.

Mam wszystkie (wszystkie!) wydania tego tygodnika od początku roku 1999 (kupowałem przez 13 lat, co roku 51 numerów, czyli łącznie 663 egzemplarze), a z lat 1995 – 1998 (zdobyczne - dar koleżanki, który w pewien słoneczny sobotni poranek przyniosłem do domu w reklamówkach) brakuje mi jedynie pojedynczych numerów. Do tego przez długi czas raz w miesiącu kupowałem „Piłkę Nożną PLUS”, a z początkiem każdego sezonu również wychodzące z serii „Biblioteczka Piłki Nożnej” skarby kibica: „Liga angielska”,  „Liga polska”, „Ligi w Europie”, a także te wydawane z okazji wielkich piłkarskich turniejów – Mundialu czy Euro. Mam do nich nadzwyczajny stosunek. Bardzo je szanowałem. Żaden z egzemplarzy nie jest pogięty, pocięty czy poplamiony. Nie śmiałbym nawet zbeszcześcić tego pisma poprzez wypełnianie krzyżówek na ostatnich jego stronach. 

W szkole i na uczelni

Ale ten kult nie dziwi, bo przecież kilkanaście lat temu, gdy nie było nie miałem jeszcze Internetu, gazety te były mym głównym źródłem futbolowej wiedzy. Wszystkie do dziś wypełniają jedną z szafek mojego kłodzkiego mieszkania. To prawdziwe archiwum – 15 lat piłki nożnej w pigułce! Zawsze mogę wrócić do któregoś z numerów w poszukiwaniu informacji, składów, nazwiska strzelca bramki, komentarzy, wywiadu… Choć w necie znajdę te dane z pomocą zledwie kilku kliknięć, szperanie w takim archiwum ma jednak swój niepowtarzalny klimat, no a przede wszystkim sprawia mi wielką przyjemność.

Co tydzień z utęsknieniem czekałem najpierw na środę, potem na wtorek. To w te dni „PN” trafiała do kiosków. Trzy złote w kieszeni i wycieczka do miasta po kolejny numer. To był taki mój cotygodniowy rytuał. Czasem w najbliższym kiosku Ruchu wszystkie egzemplarze były już wykupione. Wędrowałem wtedy do następnego, lub – jeśli nie miałem tego dnia szczęścia - do kolejnych, od jednego punktu sprzedaży prasy do drugiego.

Często, jeszcze w szkole średniej, kupowałem „PN” na jednej z przerw, by potem po kryjomu czytać ją namiętnie na lekcjach („- Piłka nożna też integruje, Gawron! Ale my rozmawiamy o integracji europejskiej…” - bywało, że ktoś mnie przyuważył jak tu pani A.H., nasza wychowawczyni, nauczycielka geografii). A jeśli nie czytać, to przynajmniej przekartkować, przejrzeć w pośpiechu by sprawdzić co mnie czeka popołudniu w domu. Nie potrafiłem kupić tej gazety i jej nie otworzyć – zostawić na później. Musiałem zajrzeć co jest w środku, co za ucztę przygotowali dla mnie jej dziennikarze.

A przez lata tych „kucharzy” przewinęło się przez redakcję wielu. Są nazwiska, które będę pamiętał długo (Roman Hurkowski, Janusz Atlas, Tomasz Wołek, Grzegorz Stański, Antoni Piontek, Kazimierz Oleszek, Zbigniew Mroziński, Leszek Orłowski czy obecny zastępca redaktora naczelnego Adam Godlewski), są jednak i takie, które w pamięci mi nie utkwiły, bo teksty ich właścicieli zwyczajnie do pisma nic ciekawego nie wnosiły, będąc jedynie zapychaczem stron.

Kiedyś zresztą bardzo chciałem być jednym z dziennikarzy tygodnika. Pewnego dnia redaktor Leszek Budrewicz, prowadzący warsztaty dziennikarskie w Katedrze Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej na Uniwersytecie Wrocławskim zapytał mnie, co chciałbym robić w przyszłości, gdzie się widzę, za 10-20 lat, jakie mam związane z dziennikarstwem plany. Buńczucznie, ale i trochę żartobliwie odpowiedziałem mu wtedy, że „chciałbym zastąpić Romana Hurkowskiego w roli redaktora naczelnego tygodnika Piłka Nożna” [choć wtedy naczelnym był Waldemar Lodziński - przyp. autora]. Pan Leszek popatrzył na mnie z politowaniem. Wspominałem Wam już o tym w tekście poświęconym panu Romanowi, stworzonemu niestety w związku z jego śmiercią.

Do trzech razy sztuka

Po studiach podjąłem kroki by to (nie)śmiałe marzenie spełnić. W marcu 2006 roku napisałem maila do panów Profusa [Marek Profus - właściciel "Profus Management", tj. wydawca gazety, będący jednocześnie redaktorem naczelnym pisma - przyp. autora], Atlasa i Godlewskiego. W jego treści m.in.:

Od kilkunastu lat pasjonuje się futbolem… Od kilkunastu lat jestem regularnym czytelnikiem „Piłki Nożnej” i „Piłki Nożnej Plus”… Od kilkunastu lat staram się robić wszystko, by zostać dziennikarzem sportowym… Teraz chciałbym te trzy rzeczy połączyć w jedną i – jeśli byłoby to możliwe – dołączyć do zespołu redakcyjnego „Piłki Nożnej”, a co za tym idzie, spełnić jedno ze swoich marzeń!

Ładnie, nieprawdaż? :) Al próżno czekałem na odpowiedź. Nie poddałem się jednak i osobiście pofatygowałem się do Warszawy. Wieżowiec Intraco, ul. Stawki 2 na granicy Śródmieścia i Żoliborza, blisko stadionu na Konwiktorskiej. Które z 39 pięter to było, teraz nie pamiętam. Zawiozłem tam swój życiorys wraz ze zdjęciem i list motywacyjny. Liczyłem, że być może uda mi się porozmawiać z którymś z dziennikarzy. Niestety dokumenty odebrała jakaś pani (sekretarka? recepcjonistka?). Na reakcję znów czekałem bez rezultatu.

Ale do trzech razy sztuka! Pięć miesięcy później, w sierpniu 2006 roku ”PN” opublikowała ogłoszenie „Zatrudnimy dziennikarzy i korespondentów”, a ja właśnie przeprowadziłem się do czeskiej Pragi. To znak – stwierdziłem. Na taką okazję właśnie czekałem! Znowu email do redaktora naczelnego i tym razem siedem dni później przyszła odpowiedź:

Witam
Dziękuje za zainteresowanie naszym ogłoszeniem. Proszę o przysłanie
dowolnego tekstu o piłce nożnej krajowej lub zagranicznej, oczywiście
pańskiego autorstwa. Tekst zostanie poddany ocenie w naszej redakcji. Jeżeli
zostanie pozytywnie przez nas oceniony nawiążemy z Panem ponownie kontakt.
Pozdrawiam
Marek Profus

Minęło 10 dni. Nie pamiętam już, czy rzeczywiście miałem wtedy problemy z Internetem, a potem z zalogowaniem sie do poczty, tak jak napisałem im w mailu, czy też może była to zwykła (dość tania) wymówka. Ale prawdą jest, że wiele się wtedy w mym zyciu działo i to nie był najlepszy okres na pisanie. Zwyczajnie brakowało mi czasu (nowa praca, wyjazd za granicę, szkolenia i treningi itd.). Zamiast aktualnego posłałem więc kilka starszych tekstów… Nie dostałem już odpowiedzi. Wiem, że sam jestem sobie winien. Choć może to nie moje podejście, ale to co wysłałem po prostu nie przypadło „decyzyjnym” czasopisma do gustu. Wtedy żałowałem zmarnowanej szansy. Dziś mi już przeszło, choć niekiedy rozmyślam „co by było gdyby…”. Mówi się trudno. Takie jest życie.

Konflikt interesów

Tygodnik „Piłka Nożna” za wspomnianych już redaktorów ś.p. Romana Hurkowskiego oraz Włodzimierza Lodzińskiego (pełnił rolę naczelnego w latach 1992 – 2002;  to za jego czasów pismo osiągnęło rekordową sprzedaż na poziomie 100 tysięcy egzemplarzy tygodniowo) to była zupełnie inna gazeta. Znacznie lepsza niż ta, której jeden z numerów leży teraz obok mego laptopa. Trzymała poziom. I to wysoki poziom. 

Obniżanie lotów zaczęło się według mnie jakoś w latach 2005 – 2007. Miejsce ciekawych relacji, analiz, reportaży, pasjonujących tekstów historycznych zaczęły z biegiem czasu co raz częściej zajmować średnio ciekawe i „pisane pod publikę” artykuły. Zaczęło się stawianie na tanią sensację, poruszanie w kółko tych samych tematów. Miałem niekiedy wrażenie, że autorów bardziej niż wydarzenia na boisku interesuje życie prywatne piłkarzy, zarabiana przez nich kasa, kwoty transferowe…  A może po prostu szli z duchem czasu (Modern Football), dostosowywali się do potrzeb konsumpcyjnego społeczeństwa i niezbyt wymagającego - najważniejsze żeby w środku był plakat idola! – nowego pokolenia czytelników?

To nie wszystko jednak. Jeśli już o transferach mowa, to zacząłem zauważać problem poważniejszy – utratę wiarygodności gazety. Marek Profus jest licencjonowanym menadżerem FIFA, a zarazem redaktorem naczelnym „PN”. I tu właśnie pojawia się kłopot - niezdrowy dla pisma konflikt interesów.

„Właścicielem najważniejszego branżowego tygodnika Piłka Nożna jest biznesmen zarabiający m.in. na transferach. (…) Gazeta chwaląca gracza należącego do stajni wydawcy nie będzie nigdy, niezależnie od intencji i reputacji swoich pracowników, całkiem wiarygodna.”

/Rafał Stec w książce „Piłka sss…kopana”/

Dwa lata temu zwrócił na to uwagę również znajomy bloger z Bielska-Białej – Michał Trela. Problemowi temu poświęcił nawet tekst pt. „Siła mediów”, pokazując mechanizm działania „PN” (jak bardzo świadomy, a jak bardzo przypadkowy?) na przykładzie Sebastiana Mili. O tym problemie wspominał także wyrzucony swego czasu z „PN” Roman Hurkowski: „Jeśli wydawca zajmuje się wydawaniem gazety piłkarskiej i zarazem handlem piłkarzami, to to się jakby kłóci, osłabia wiarygodność gazety (potem wyszło szydło z worka: Nowacki jako Odkrycie Roku 2003, a nie 300-procentowy pewniak Sobolewski, bo z konkurencyjnej stajni; Piłkarz Roku – mógł być tylko Dudek lub Frankowski, a wygrał Smolarek, ze względów jakichś tam ponoć biznesowo-reklamowych).” - napisał.

Niższy poziom, strata wiarygodności, wyższość wszechobecnego Internetu, fakt, że dziennikarze „PN” nie są już mnie teraz w stanie niczym zaskoczyć i wreszcie brak czasu na lekturę gromadzących się w Polsce numerów – oto główne powody naszego „rozstania”. Parę lat temu przestałem kupować „Piłkę Nożną PLUS” i skarby kibica, teraz zdecydowałem się zrezygnować również z tygodnika.

Od pięciu lat, tj. odkąd jestem w Pradze, o to by co tydzień nowy numer gazety znalazł się na moi biurku dbała moja Mama. Co siedem dni odwiedzała ten sam kiosk, w którym ci sami sprzedawcy zawsze odkładali jej egzemplarz dla mnie. I dla niej to był swego rodzaju rytuał – tradycja. Pięć lat, można się przyzwyczaić. Jestem jej za to niezmiernie wdzięczny, a korzystając z okazji raz jeszcze dziękuję! Teraz co tydzień 4 złote (tyle, a właściwie 3.99 kosztuje dziś tygodnik „PN”) trafiać będzie do specjalnej skarbonki. Na końcu roku uzbierane w ten sposób 208 złotych pewnie pojawi się na koncie bankowym kłodzkiej Nysy (Support Your Local Football Team!). Sprzedawcy w kiosku będą na próżno wypatrywać mojej mamy. Podczas zakupu pierwszego styczniowego numeru nie padnie już tradycyjne „- Widzi pani jak to szybko zleciało?!”.

Wszystkim dziennikarzom „Piłki Nożnej” dziękuję za wspólne spędzone lata i wkład w moje postrzeganie piłkarskiego świata, w poszerzanie futbolowych horyzontów. Dziękuję i żegnam zarazem, życząc powodzenia. 

Ostatni dla mnie numer Waszej gazety przeczytałem oczywiście od deski do deski.

..