
Ajax Amsterdam znają wszyscy. O Ajaksie Cape Town słyszało wielu. Ale FC Ajax Lasnamäe to stale jeszcze dla większości miłośników futbolu, może wyłączając amatorów zakładów bukmacherskich, zespół anonimowy. W zakończonym sezonie estońskiej Meistriliigi piłkarze klubu z Tallinna bardzo się jednak starali, by to zmienić…
„Prawie jak Ajax”. Być może tytuł niniejszego tekstu jest dla piłkarzy ze stolicy Estonii nieco obraźliwy, ale na dobrą sprawę równie obraźliwe mogą być dla „oryginalnego” Ajaxu, tego z siedzibą na futurystycznej amsterdamskiej Arenie, wyniki estońskiego klubu, a zwłaszcza łączenie ich przez piłkarski świat z tradycyjną, kultową już wręcz nazwą. Pamiętacie tę reklamy Żywca sprzed kilku(nastu) lat? Prawie robi wielką różnicę.
Estoński Ajax (nazwa, podobnie jak w przypadku sławniejszego AFC pochodzi od Aja(k)sa – bohatera greckiego, uczestnika wojny trojańskiej), to typowo nowobogacki twór nie cieszący się zbytnio zainteresowaniem kibiców. Klub o żółto-niebieskich barwach założono w leżącej w północno-wchodniej części Tallina dzielnicy Lasnamäe w 1993 roku. Po 10 latach istnienia zespół zyskał sponsora strategicznego i zmienił na krótko nazwę na F.C. Ajax Estel Tallinn (fuj! Against Modern Football!).
W 2005 roku Ajax uplasował się na 3. miejscu w Esliliidze (II liga). Wyprzedzały go m.in. rezerwy Levadii Tallinn, które z wiadomych powodów nie mogły awansować do I ligi. W barażach o ekstra(?)klasę wystartował zatem Ajax i w dwumeczu z FC Kuressaare po wygranej 1:0 u siebie oraz porażce 1:2 na wyjeździe, dzięki golowi zdobytemu na boisku rywala szczęśliwie awansował do Meistriiligi, jak mówi się w Estonii na rozgrywki, w których udział bierze 10 najlepszych klubów w kraju. Debiut na najwyższym poziomie estońskiej ligowej piramidy nie wypadł najgorzej (na koniec sezonu klub zajął 8. miejsce).
Sto dwadzieścia dziewięć
Pierwsze podejście do rywalizacji z najlepszymi trwało jednak zaledwie dwa sezony. W 2007 roku zespół zajął ostatnią pozycję i z bilansem bramkowym 14:153 (!) powędrował z powrotem na zaplecze ekstra(?)klasy. Nikt nie spodziewał się wtedy, że piłkarze z Lasnamäe będą w stanie ten niechlubny rekord inkasowanych goli pobić… Przez trzy lata Ajax występował w Esliliidze, by w tym roku ponownie spróbować swych sił w starciu z najlepszymi.
W zakończonym przed miesiącem sezonie 2011 (w Estonii gra się systemem wiosna – jesień) w 36 ligowych spotkaniach piłkarze Ajaksu zdobyli zaledwie cztery punkty (wszystkie za remisy) i naturalnie zajęli ostatnie miejsce w stawce 10 pierwszoligowców (22 oczka straty do przedostatniego FC Kuressaare). Tragiczny to rezultat, to prawda, ale znacznie bardziej tragicznie wygląda bilans bramkowy stołecznego klubu, uwaga: 11 goli zdobytych przy… 192 (słownie sto dziewięćdziesięciu dwóch!) bramkach straconych. Cóż, jak szaleć to szaleć! :)
Rozgrywki estońskiej ekstra(?)klasy rozpoczęły się z początkiem marca. Na inaugurację beniaminek przegrał 0:3 na wyjeździe w derbach ze znacznie słynniejszą Levadią. Ten wynik wstydu nie przynosił, nie zapowiadał też niczego złego… Gorzej było tydzień później. 1:5 ze średniakiem Sillamäe Kalev, to pierwszy znak, że to może być kolejny ciężki sezon. Sygnał ten zlekceważony został jednak, bo w 3. kolejce Ajax zdobył pierwszy punkt, po wyjazdowym bezbramkowym remisie ze wspomnianym już Kuressaare. Tyle że potem było już tylko gorzej…
25 meczów bez strzelonej bramki, w tym aż 16 spotkań, w których talliński klub stracił pięć lub więcej goli („ulubionym” rezultatem było 0:7). Do prawdziwych pogromów doszło zwłaszcza w pojedynkach z FC Narva Trans (0:14 i 0:12) oraz mistrzowską Florą Tallinn (1:13 i 0:11).
O ile w lidze smaku wygranej zawodnicy najprawdopodobniej najgorszego pierwszoligowca w Europie nie poznali, o tyle w krajowym pucharze trzykrotnie mieli możliwość schodzić z boiska nie na, a z tarczą… W rozegranych jeszcze w zeszłym roku dwóch pierwszych rundach tych rozgrywek (1/16 i 1/8 finału) Ajax najpierw wyeliminował grający w niższych ligach klub akademicki Eesti Maaülikooli, a potem trzecioligowca Nõmme United. Kolejnym, już tegorocznym skalpem FCAL była inna drużyna z III ligi – Tartu FC HaServ. Ajax wygrał mecz 1/4 finału 4:0, ale – żeby nie było za różowo – wszystkie bramki strzelił wymęczył dopiero w dogrywce. W półfinale nie sprostał jednak późniejszemu triumfatorowi rozgrywek – Florze Tallinn.
Fatalnie grała cała drużyna, ale najbardziej piętno straconych bramek ciążyło oczywiście (i prześladowało, i nie dawało spać, a jak już dawało, to… śniło się po nocach) na obu golkiperach broniących barw stołecznego klubu w tym roku. 27-letni Aleksandr Boldorev wystąpił w 24 spotkaniach w bieżącym sezonie, podczas gdy pięć lat młodszy Maksim Mamutov wybiegał na boisko w 23 potyczkach. Można więc powiedzieć, że za te prawie dwie setki straconych goli (kapitulowali średnio co 11 minut) odpowiadają w tym samym stopniu. Na następców Sergeia Pareiki, bramkarza Wisły Kraków czy też znacznie slynniejszego (i lepszego niż golkiper „Białej Gwiazdy”) rodaka, znanego z występów w Anglii Marta Pooma raczej więc żaden z nich się nie nadaje…
Murarz, tynkarz, akrobata
Obaj są Estończykami, a ci tworzyli w zakończonych rozgrywkach 85 % kadry zespołu. Stranieri było w zespole spadkowicza tylko czterech: Rosjanie Ilja Kisel, Sergej Kukushkin (obaj urodzeni w Estonii) i Ilja Avdejenko, a także Białorusin Dzmitry Papichyts. Największą gwiazdą drużyny (jeśli słowo „gwiazda” w ogóle powinno być tu użyte) był zdobywca pięciu bramek – 27-letni Estończyk Sergei Tasso.
Piłkarzy tych przyćmiewa jednak inne nazwisko. Przyćmiewa niekoniecznie w dobrym tego słowa znaczeniu. Mowa o właścicielu klubu, a w tym sezonie również przez dłuższy czas trenerze zespołu (w klubie pracował też inny szkoleniowiec – Andrei Shapovalov) – 51-letnim Borissie Duganie, który mimo podeszłego wieku siedmiokrotnie… sam siebie posyłał na murawę. Doświadczenie słynącego (czy do dziś?) z piekielnie mocnych uderzeń na bramkę gracza jak widać nie na wiele się zdało.
Klub nie tylko nie ma profesjonalnej, mogącej rywalizować z innymi kadry (i poniekąd również działaczy), ale i stadionu z prawdziwego zdarzenia. Kameralny, a przede wszystkim w niczym nie przypominający obiektu pierwszoligowego klubu FC Ajaxi Staadion (boisko jakich wiele na osiedlach większych polskich miast wizytował jakiś czas temu kolega Rzeźnik) znakomicie dopełnia rozpaczliwy obraz stołecznego beniaminka-spadkowicza.
Jest jednak przyszłowiowe światełko w tunelu. Jest jeden element piłkarskiej układanki, z którego włodarze i nieliczni fani FCAL mogą być dumni. Jest jedna rzecz, która – zachowując odpowiednie proporcje – łączy talliński Ajax z jego „imiennikiem” z Amsterdamu. To całkiem dobry, jak na Estonię system szkolenia młodzieży. Piłkarski narybek Ajaxu jest dziś zresztą jedyną nadzieją klubu na lepsze jutro…
.
/źródła: soccerway.com, fcajax.ee, jalgpall.ee, soccernet.ee, transfermarkt.de, wikipedia.org/
.




