W środę 18 czerwca 1997 roku niemiecka stacja telewizyjna DSF przerwała nadawany program, by pokazać „na żywo” kilka ostatnich minut meczu Legii Warszawa z Widzewem Łódź. To był pierwszy i ostatni taki przypadek w historii tego sportowego kanału…

Powód? Można powiedzieć, że w ciągu 300 sekund Legioniści stracili, a Widzewiacy zyskali wówczas tytuł mistrzowski. Thriller na Łazienkowskiej nie uszedł wtedy uwadze niemieckich dziennikarzy z Deutsches Sportfernsehen (dziś Sport1), zazwyczaj mało przecież zainteresowanych losami rozgrywek za wschodnią granicą swego kraju.

Piękne, pasjonujące spotkanie, o niespotykanej wręcz dramaturgii. O tamtym pojedynku napisano i powiedziano już właściwie wszystko, ale ja – pozwólcie – powrócę dziś do wydarzeń tamtego popołudnia w kolejnym, piątym już odcinku serii wpisów poświęconych „Meczom, których nigdy nie zapomnę”.

Polskie El Clásico

„Schodziłem z przekonaniem, że jestem w niebie, a po meczu znalazłem się w piekle. Ale kto się spodziewał takiego obrotu sytuacji.”

/Cezary Kucharski, napastnik Legii/

W sezonie 1996/1997 tylko dwie drużyny liczyły się w walce o mistrzostwo Polski. Obrońca trofeum, mający za sobą występy w fazie grupowej Ligi Mistrzów i naszpikowany reprezentantami kraju łódzki Widzew Franciszka Smudy oraz niespodziewanie dotrzymująca mu kroku, na papierze znacznie słabsza, choć także krocząca od zwycięstwa do zwycięstwa warszawska Legia. Oba zespoły szły łeb w łeb, zostawiając pozostałych rywali daleko w tyle (na dwie kolejki przed końcem trzeci w tabeli GKS Katowice miał aż 21 punktów straty do drugiej Legii!).

Rozgrywany w ramach przedostatniej kolejki sezonu „klasyk” na Łazienkowskiej miał być pojedynkiem decydującym o losie rozgrywek. Przed meczem w tabeli prowadził Widzew, który miał jednak nad „Stołecznymi” tylko jeden jedyny punkt przewagi. Podopiecznych Mirosława Jabłońskiego interesował więc tylko komplet punktów. Dla gości natomiast do przyjęcia byłby i remis.

Na boisku wielki hit (jak to ktoś kiedyś napisał, pojedynki Legii z Widzewem to „wojna, która rodzi wielkie piłkarskie spektakle”), tymczasem frekwencja na trybunach stadionu na Łazienkowskiej nie była najwyższa. Ale nie mogło być inaczej skoro, to właśnie przed tym meczem, sklasyfikowanym rzecz jasna przez policję jako „spotkanie podwyższonego  ryzyka”, działacze Legii zdecydowali się na wprowadzenie pierwszych w historii klubu identyfikatorów dla kibiców. Ich wyrobieniu i odebraniu towarzyszyło spore zamieszanie, i niektórzy zwyczajnie nie zdążyli załatwić wszystkiego na czas…

Na trybunach zebrało się dziesięć, a według niektórych źródeł jedenaście tysięcy ludzi, z czego nieco więcej  niż 1/10 stanowili przybysze z Łodzi. Już podczas rozgrzewki przeraźliwe gwizdy i wulgarne okrzyki powitały na murawie bramkarza Widzewa – Macieja Szczęsnego, który sezon wcześniej grał jeszcze na Łazienkowskiej. „Szczęsny pedał, Legię sprzedał!” – skandowała Żyleta. Ten mecz był zresztą symbolicznym pojedynkiem dwóch najlepszych chyba wówczas golkiperów w I lidze: „starego wyjadacza” Szczęsnego z jego następcą w bramce Legii – utalentowanym Grzegorzem Szamotulskim, nowym idolem warszawskich trybun.

Sylwek bez koszulki

Mecz rozpoczął się po myśli Legii, której wystarczyło 12 minut by wyjść na prowadzenie. Z rzutu rożnego piłkę w pole karne zagrał Tomasz Sokołowski. Na piątym metrze bez większych problemów (Bogusz z Michalskim tylko statystowali) wyskakują do niej Sylwester Czereszewski i Cezary Kucharski. Ten drugi strzałem głową pokonuje Szczęsnego. Trybuny szaleją!

Pierwsza połowa była ciekawa. Początkowo to Legia miała inicjatywę, później zaczęli przeważać Łodzianie, ale Legia groźnie kontratakowała. Bramkowe okazje na obu stronach (aż dziw bierze, że skończyło się tylko na 1:0), dobre tempo, walka… 45 minut godne meczu na szczycie.

Tak jak w pierwszej połowie, tak i po zmianie stron Legioniści potrzebowali jedynie 12 minut, by znaleźć sposób na pokonanie golkipera rywali. Sylwester Czereszewski, tego dnia obok Kucharskiego najlepszy chyba z piłkarzy z czarną eLką na piersi, fantastycznie wyszedł z własnej połowy, dostał idealne (!) podanie od Ryszarda Stańka, nie dał sobie odebrać piłki, pozbył się towarzyszącego mu obrońcy i uderzył mocno, lewą nogą z 16 metrów, w prawy dolny róg bramki Szczęsnego. Były golkiper Legii, mimo interwencji, nie był już w stanie zmienić lotu futbolówki. 2:0! Czereszewski świętuje bez koszulki, trybuny bez opamiętania.

W 65. minucie Smuda decyduje się ściągnąć z boiska Pawła Miąszkiewicza i zastąpić go Mołdawianinem Alexandru Curtianem. Jak się potem okazało, to była bardzo dobra zmiana…

Armia, która szła na wojnę

Widzew przeważa, atakuje, nie ma przecież nic do stracenia. Ale warszawska defensywa nie popełnia większych błędów, inicjując dodatkowo jeden kontratak za drugim. Po podaniu Mięciela z prawej strony boiska Kucharski mógł postawić kropkę nad „i”, mógł dobić rywala. Z kilku metrów trafia jednak tylko w słupek… W 72. minucie Smuda decyduje się na kolejną zmianę. Wzmacnia ofensywę, za Daniela Bogusza wprowadzając do gry Piotra Szarpaka. Sześć minut później stoper gości Tomasz Łapiński znakomicie zagrywa do Sławomira Majaka, który znalazł się w sytuacji  ”jeden na jednego” z Grzegorzem Szamotulskim, ale nie potrafił zmienić wyniku. Równie dobrą okazję do zmiany rezultatu miał chwilę potem Marcin Mięciel. Rajd rozpoczęty na połowie boiska (przy biernej postawie rywali) zakończył dopiero Szczęsny, wygrywając pojedynek „sam na sam” z byłym kolegą. „Miętowy” wywraca się, ale o faulu nie może być mowy.

Walka, walka, walka (fot. widzewiak.pl)

Pięć minut przed końcem regulaminowego czasu gry kontuzji nabawił się sędzia spotkania, pan Andrzej Czyżniewski. Nastąpiła kilkuminutowa przerwa w grze. Z pomocą leżącemu na murawie arbitrowi przybyły sztaby medyczne obu klubów. Nikt nie spodziewał się wówczas tego, co miało za chwilę nastąpić. Legioniści zaczęli już nawet powoli świętować zwycięstwo. Pewnie także pod wpływem swych kibiców, bo na trybunach panowała iście szampańska atmosfera.

Ta przerwa w grze wprowadziła w szeregi warszawskiego zespołu rozluźnienie. To rozluźnienie natomiast było przyczyną chaosu, zwłaszcza w szykach obronnych. A Widzew? A Widzew zawsze gra do końca (Dariusz Gęsior: „- Byliśmy wspaniałą paczką, armią, która szła na wojnę.”), czego potwierdzeniem był chociażby finisz rozgrywek rok wcześniej (Łodzianie wydarli Legii… tytuł na Łazienkowskiej, odwracając losy meczu z 0:1 na 2:1) albo pamiętny mecz o awans do Ligi Mistrzów z Bröndby w Kopenhadze na początku sezonu (Widzew do 56. minuty przegrywał 0:3, lecz zdołał strzelić dwie bramki – tę drugą w 89. minucie – i awansował do fazy grupowej).

„W ostatnich minutach Legia powinna stanąć w polu karnym
i wykopywać piłkę!”

/Dariusz Dziekanowski, były piłkarz Widzewa i Legii/

W 87. minucie Mirosław Jabłoński dokonał pierwszej tego popołudnia zmiany. W miejsce uskarżającego się na skurcze Kucharskiego (podobno sam poprosił o opuszczenie murawy) wprowadził Jacka Kacprzaka. Dał tym jasny sygnał. Pomocnik za obrońcę – najwyższy czas by zacząć się bronić. Tylko bronić.

Tymczasem Czyżniewski zadecydował, że mimo urazu dokończy zawody, licząc zapewne na spokojną końcówkę meczu. Spotkanie zostaje wznowione. 88. minuta. Widzew przegrywa 0:3, ale za chwilę… za chwilę w 5 minut zdobędzie trzy bramki!

Dariusz Gęsior cieszy się po zdobyciu bramki na 2:2 (fot. widzewiak.pl)

Goście atakują środkiem boiska. Piłkę z lewej strony od wprowadzonego Curtian(u) dostaje Majak, który po raz kolejny tego dnia staje „oko w oko” z Szamotulskim. Tym razem nie ma problemów by pokonać go silnym strzałem lewą nogą w krótki róg bramki. 2:1. To trafienie, choć właściwie niczego nie zmieniało (Dariusz Gęsior: „- Kiedy strzeliliśmy na 1:2, to nawet nie wiedzieliśmy, ile minut zostało do końca. Graliśmy dalej, po prostu, jak zwykle, o kolejnego gola.”), wyraźnie zestresowało gospodarzy. Również trenera Jabłońskiego, który na zdobycie przez Widzew kontaktowej bramki zareagował zdjęciem z boiska także drugiego swojego napastnika. Mięciela zastąpił na placu gry Marcin Jałocha. Na zegarze widniała 90. minuta.

Lepiej niż u Hitchcocka

Kilka chwil potem w ataku Widzew. Piłkę ze środka boiska posyła na lewe skrzydło Curtian(u). Dobiega do niej Rafał Siadaczka i posyła piękną centrę wprost na głowę Dariusza Gęsiora, który wbiegając kompletnie niepilnowany w środek pola karnego zaskakuje pogubioną defensywę gospodarzy. Celna główka z 10 metrów i mamy remis!!!

Kibice Legii zamarli. Eksplodowali za to fani Widzewa w sektorze za bramką. Ponad 1200 przybyszów z Łodzi nie mogło uwierzyć w to co się stało. A piłkarze Legii fundują im huśtawkę nastrojów. Rzucają się bowiem do ataku (wiedząc, że tylko wygrana może zwiększyć ich szansę na tytuł) i w pierwszej akcji po wznowieniu gry strzelają bramkę! Kacprzak! Ale zdaniem arbitrów (liniowy nie pomylił się) ze spalonego. Wynik się zatem nie zmienia. Prawda, że lepiej niż u Hitchcocka?

Po przeciwnej stronie piłkę w polu karnym dostaje od uciekającego wzdłuż prawej linii bocznej boiska Gęsiora Andrzej Michalczuk. Lewa noga, uderzenie w krótki róg (co robi Igor Kozioł?! Na co czeka?!), piłka po rękach Szamotulskiego wpada za linię bramkową. Z 0:2 na 3:2. Szok! „- Przy trzecim golu wbiegając w pole karne już nie miałem siły i pomyślałem sobie, kopne tylko mocno, żeby piłka poleciała gdzieś w aut, żeby zyskać na czasie. Ale wyszło tak, że trafiłem w światło bramki, a Grzesiek Szamotulski to przepuścił. Tak się właśnie czasem strzela złote bramki. Potem oczywiście dostałem na tyle dodatkowej energii, że przebiegłem jeszcze pół boiska, ciesząc się z tego gola.” - wspomina po latach pochodzący z Ukrainy bohater.

Raz jeszcze bramki Widzewa (fragment oryginalnej transmisji na TVP2; komentuje Jacek Laskowski):

Łodzianie skakali ze szczęścia, zaś warszawiacy mieli łzy w oczach. Trybuny zaczęły pustoszeć. Kibice opuszczali stadion ze spuszczonymi głowami. Nici ze świętowania na Starówce. Za to Łódź nie spała niemal całą noc! Na stadion Widzewa, by powitać bohaterów z Łazienkowskiej przyszło o północy około sześć tysięcy kibiców…

„Schodząc z trybuny prasowej, a szło się wąskimi schodami obok warszawskich kibiców, usłyszałem: – Ale się chuje cieszą. Chyba jedyny raz w życiu nazwanie mnie chujem nie sprawiło mi przykrości.”

/Jarosław Bińczyk, dziennikarz z Łodzi/

Jeśli klub z Warszawy wygrałby, to awansowałby na pierwsze miejsce w tabeli i zwiększyłby swe szanse na mistrzostwo Polski. A tymczasem trzy punkty dla Widzewa oznaczały drugi z rzędu (a czwarty w historii) tytuł mistrza kraju dla łódzkiego klubu! Cezary Kucharski opowiadał potem dziennikarzom, że wrócił po meczu do domu, siedział z żoną i zastanawiał się, jak to możliwe, jak mogło do tego dojść. Widział fragmenty spotkania, ale nigdy nie zdecydował się obejrzeć go w całości. Mówił, że jego koledzy także nie mieli ochoty, by spotkać się na piwie i porozmawiać o tym, co się stało.

To był pojedynek, który przeszedł do historii polskiej piłki ligowej. Mistrzostwo Polski zdobyte w niesamowitych okolicznościach. Takiego meczu na Legii nie było nigdy później.

Wielka radość. Trener Smuda ze podopiecznymi. Od lewej: Szymkowiak, Michalczuk, Bogusz (fot. AG)

— — — — — ♦ ♦ ♦ ♦ ♦ — — — — —

POWIEDZIELI (P)O MECZU:

Cezary Kucharski (napastnik Legii)
„Nadal nie wiem, jak to się mogło stać… To było coś niesamowitego, w kilka minut stracić tytuł. Kibice Legii otwierali już szampany, my też czuliśmy się mistrzami. (…) Od tamtej pory nie pamiętam takiego meczu. Słyszałem też o sugestiach, że był ustawiony. To idiotyczny pomysł, ktoś, kto tak sądzi, jest chory.”

Sylwester Czereszewski (pomocnik Legii)
„To było piękne przeżycie, ale dla Widzewa. To był najbardziej dramatyczny mecz, w jakim brałem udział. Widzew zawsze grał do końca i wtedy w Warszawie, niestety, też.”

Dariusz Gęsior (pomocnik Widzewa)
„Czy wierzyliśmy, że jeszcze możemy wygrać? Nie wiem, na pewno do końca graliśmy swoje. Uskrzydlił nas gol Sławka Majaka. Wiedzieliśmy wtedy, że remis jest dla nas dobry, więc atakowaliśmy dalej. A piłkarze Legii zaczęli się denerwować. Wyczuliśmy to. (…) Nigdy później nie przeżyłem już takiej radości. Pamiętam powrót do Łodzi w nocy i pełny stadion. Nie da się o tym zapomnieć.”

Sławomir Majak (napastnik Widzewa)
„Nie pamiętam, by kiedykolwiek w pięć minut rozstrzygnęły się losy mistrzostwa Polski. To był prawdziwy thriller z happy endem. (…) Kibice Legii świętowali już tytuł, ale wtedy my ruszyliśmy do ataku. Zawsze graliśmy do końca, tym bardziej że byliśmy znakomicie przygotowani pod względem fizycznym. Od 70. minuty rywali łapały skurcze, a my czuliśmy się znakomicie.”

Mirosław Jabłoński (trener Legii)
„Byliśmy wtedy bardzo blisko zwycięstwa. Straciliśmy w końcówce trzy gole. To był szok i wielki żal. Nigdy więcej nie brałem udziału w tak dramatycznym meczu. Przez tydzień albo i dłużej miałem kaca po tej porażce.”

Franciszek Smuda (trener Widzewa)
„To był doskonały, dramatyczny mecz. Widzew gra przez 90 minut, obojętnie, czy przegrywa. Tak każę zawodnikom. I pod koniec nie muszę na nich krzyczeć. Mają grać jeden na jeden. (…) Kiedy przegrywaliśmy 0:2, wierzyłem, że wygramy. Nigdy nie brałem udziału w drugim tak niesamowitym meczu.”

— — — — — ♦ ♦ ♦ ♦ ♦ — — — — —

KIM BYŁ BOHATER KIM BYLI BOHATERZY?

Przy piłce Andrzej Michalczuk (fot. Małgorzata Kujawka)

Dariusz Gęsior (pomocnik Widzewa, zdobywca gola na 2:2) – ur. 9 października 1969 roku w Chorzowie; wychowanek tamtejszego Ruchu; reprezentant Polski (w latach 1992-1999 wystąpił 22-krotnie w koszulce z orzełkiem na piersi, strzelając jednego gola – w swym debiucie w towarzyskim meczu z Urugwajem), Srebrny medalista Igrzysk Olimpijskich w Barcelonie w 1992 roku. W I lidze rozegrał 427  meczów (najwięcej w barwach Ruchu i Widzewa, z którymi zdobył po jednym mistrzostwie kraju, ale reprezentował również Pogoń Szczecin, Amikę Wronki, Wisłę Płock i Dyskobolię Grodzisk Wlkp.), aż 73-krotnie trafiając do bramki przeciwnika. „Odkrycie roku 1989″ w plebiscycie „Piłki Nożnej”. Obecnie członek Rady Nadzorczej Ruchu i koordynator ds. szkolenia młodzieży.

Andrzej Michalczuk (obrońca Widzewa, strzelec bramki na 3:2) – ur. 3 listopada 1967 roku w Kijowie; wychowanek Dynama Kijów; posiada polskie obywatelstwo. Służbę wojskową odbywał w SKA Odessa. W latach 1988-1990 występował w klubie II ligi rosyjskiej Aktiubiniec Aktiubińsk, a potem wyjechał do Polski, gdzie został piłkarzem Chemika Bydgoszcz. W 1992 przeszedł do Widzewa Łódź (223 spotkania, 25 bramek), z którym dwukrotnie zdobył mistrzostwo Polski. W 2002 opuścił łódzki klub, aby kontynuować karierę w zespole Stali Głowno. W 2004 rozegrał w jej barwach swój pożegnalny mecz, by do 2009 roku występować w drużynie amatorskiej Gra-Lech Jordanów. Obecnie próbuje szczęścia jako trener.

— — — — — ♦ ♦ ♦ ♦ ♦ — — — — —

TRZY ŁYKI STATYSTYKI:

18.06.1997, Stadion Wojska Polskiego w Warszawie
Legia Warszawa – Widzew Łódź 2:3 (1:0)
12. Kucharski, 57. Czereszewski – 88. Majak, 90. Gęsior, 90.+2 Michalczuk

Legia: Grzegorz Szamotulski – Igor Kozioł, Jacek Zieliński, Paweł Skrzypek, Tomasz Sokołowski I – Sylwester Czereszewski, Ryszard Staniek (kapitan), Dariusz Czykier, Jacek Bednarz – Cezary Kucharski (87. Jacek Kacprzak), Marcin Mięciel (90. Marcin Jałocha). Trener: Mirosław Jabłoński.
Widzew: Maciej Szczęsny – Mirosław Szymkowiak, Tomasz Łapiński (kapitan), Daniel Bogusz (72. Piotr Szarpak), Andrzej Michalczuk – Dariusz Gęsior, Paweł Miąszkiewicz (65. Alexandru Curtian), Radosław Michalski, Rafał Siadaczka – Sławomir Majak, Jacek Dembiński. Trener: Franciszek Smuda.

Żółte kartki: Kozioł, Staniek
Drukował: Andrzej Czyżniewski (Gdańsk)
Widzów: 10.000

— — — — — ♦ ♦ ♦ ♦ ♦ — — — — —

CO BYŁO DALEJ?

Mecz na Łazienkowskiej rozstrzygnął losy mistrzostwa Polski. W kolejnej, ostatniej już kolejce sezonu Widzew pewnie pokonał u siebie Raków Częstochowa 5:1 (wszystkie bramki dla Łodzian zdobył tego dnia Jacek Dembiński!) i piłkarze mogli wraz z 18 tysiącami widzów na stadionie świętować kolejny tytuł w historii klubu. Natomiast Legia „na otarcie łez” wygrała w Katowicach z GKS-em 3:1 (dwa trafienia Kucharskiego). Humorów Legionistom nie poprawiło nawet zdobycie kolejnego Pucharu Polski (w finale 29 czerwca 2:0 z GKS-em Katowice) oraz wygrana w Superpucharze (3 sierpnia i 2:1 u siebie z Widzewem).

Już 35 dni po thrillerze w Warszawie Mistrz Polski przystąpił do eliminacji Ligi Mistrzów. Pierwszym przeciwnikiem był Nefczi Baku z Azerbejdżanu (Widzew wygrał 2:0 na wyjeździe, by u siebie zdemolować rywala aż 8:0). Drugim i ostatnim zarazem przed fazą grupową włoska Parma. Tej przeszkody Łodzianie już jednak nie dali rady pokonać. Przegrali 1:3 przy Al. Piłsudskiego (hat-trick Enrico Chiesy), po czym polegli 0:4 na wyjeździe. Nie udało się więc drugi raz z rzędu awansować do Champions League. Z kolei Legia Warszawa wystąpiła w ostatniej edycji Pucharu Zdobywców Pucharów. W rundzie wstępnej wyeliminowała Glenavon z Irlandii Północnej (5:1 w dwumeczu), by w I rundzie uznać wyższość włoskiej Vicenzy Calcio (1:3 w dwumeczu).

— — — — — ♦ ♦ ♦ ♦ ♦ — — — — —

Po latach stacja Canal+, która wówczas również transmitowała ten mecz, zdecydowała się nawet na stworzenie filmu dokumentalnego o tym spotkaniu. Produkcję zatytułowano wymownie: „Łazienkowska 2/3″.

.

/źródła: legionisci.com, hungry4sport.com, 11.pl, gazeta.pl, widzewiak.pl, wp.pl, 90minut.pl, wikipedia.org, szuman.eu, footballblog.pl/