
Niemal w tym samym czasie, kiedy kibic nad Wisłą zaszokowany został widokiem nowych koszulek reprezentacji Polski i zaczął pytać „Gdzie jest orzeł?!”, w angielskim Newcastle upon Tyne rządza pieniądza zadała inny cios piłkarskiej tradycji, historii i dziedzictwu.
Po 119 (!) latach St. James’ Park, stadion tamtejszego United FC zmienił nazwę…
„Newcastle United, po konsultacji z międzynarodowymi ekspertami ds. marki, pragnie dziś ogłosić swoją decyzję o sprzedaży pełnych praw do nazwy stadionu” – czytamy na samym wstępie wydanego przez klub oficjalnego oświadczenia.
Szósty pod względem pojemności (52.387 miejsc) stadion piłkarski na Wyspach Brytyjskich, charakteryzujący się nietypowym układem trybun i widocznym już z oddali białym, umocowanym na wspornikach dachem (ponoć największa tego typu konstrukcja w Europie) położony jest w samym niemal centrum miasta. To najstarszy piłkarski obiekt w północno-wschodniej części Anglii. W piłkę grano bowiem w tym miejscu już w 1880 roku (!), choć piłkarze Newcastle United (wtedy jeszcze Newcastle East End) „wprowadzili się” tam dopiero we wrześniu roku 1892, tuż po założeniu klubu.
Kiedy na początku XX wieku w naszej części kontynentu futbol wciąż jeszcze raczkował a większość wielkich klubów dopiero powstawała, „Sroki” szczyciły się już najnowocześniejszym obiektem na Wyspach, mogącym po zakończonej w 1905 roku rekonstrukcji pomieścić niewiarygodnych wręcz 60.000 kibiców!
Gorszy (nawet) od Shepherda
I tak, przez prawie 120 lat wszędzie i dla wszystkich miejsce to było parkiem Świętego Jakuba (od położonej nieopodal St. James Street). Nazwy tej nie odważył się zbezcześcić nawet poprzedni, dość kontrowersyjny sternik klubu – Freddy Shepherd, a przecież zarówno w II połowie lat 90-tych ubiegłego stulecia, jak i w pierwszym dziesięcioleciu XXI wieku, kiedy ów jegomość dzielił i rządził w klubie, nie tylko zapanowała na takie świętokradztwa moda, ale i okazji ku temu było więcej niż kiedykolwiek wcześniej.
„Newcastle United and St James’ Park are synonymous but it’s more than just a name to the Newcastle fans.”
/Ian Dennis, dziennikarz BBC Radio 5 live/
Jednak w to czego nie zniszczył (nie zdążył zniszczyć?) Shepherd, wszedł z butami obecny właściciel klubu, 47-letni milioner Mike Ashley. Uznał bowiem, iż St. James’ Park to nie jest zbyt „atrakcyjna komercyjnie” nazwa. Wdrożony już w życie plan jest zatem następujący: klub ogłosił wszem i wobec, że wystawia na sprzedaż prawa do nazwy stadionu, informując jednocześnie, iż wraz z końcem bieżącego sezonu kończy się (i nie zostanie przedłużona) umowa sponsorska z firmą Northern Rock, której logo widnieje obecnie na koszulkach „The Magpies”. Nazwa nowego sponsora mogłaby więc za odpowiednią kwotę pojawić się nie tylko w nazwie stadionu, ale i na charakterystycznych czarno-białych trykotach.

St. James' Park z lotu ptaka - obiekt imponujący swą architekturą, wielkością i rozmachem (fot. nufc.co.uk)
Nim to jednak nastąpi, nim znajdzie się ktoś kto byłby chętny nie tylko wyłożyć pieniądze na stół, ale i związać się z klubem długoterminowym kontraktem, obiekt będzie nosił nazwę Sports Direct Arena. Sports Direct to bowiem założona przez Ashleya w 1982 roku sieć sklepów ze sprzętem sportowym, będąca obecnie największą tego typu siecią w UK, ale mająca również swe sklepy i biura na terenie Irlandii, Beneluksu, Portugalii czy Słowenii. Logo tej firmy już od jakiegoś czasu szpeci zresztą m.in. dach położonej za bramką trybuny Gallowgate End.
Decyzja o sprzedaniu praw do nazwy świątyni NUFC przelała szalę goryczy. Kibice z The Toon Army mają bowiem na pieńku z Ashleyem niemal od samego początku jego pojawienia się w klubie (lato 2007). Zatrudnienie w roli dyrektora sportowego Dennisa Wise’a, który choć piłkarzem był niegdyś znakomitym, to w nowej roli zaliczał wpadkę za wpadką (np. pomyłki transferowe, że wymienię choćby Urugwajczyka Nacho Gonzáleza i Hiszpana Xisco, czyli kopaczy o umiejętnościach odwrotnie proporcjonalnych do ceny, którzy – choć nie ma ich aktualnie w klubowej kadrze – stale jeszcze pojawiają się w koszmarach fanów NUFC), dalej pozbycie się ikony „Srok” Kevina Keegana oraz zwolnienie lubianego przez fanów i wykonującego dobrą robotę (jak na warunki, w których przyszło mu pracować) menedżera Chrisa Hughtona, a zwłaszcza okoliczności towarzyszące obu rozstaniom – oto największe z grzechów. A do tego szereg innych, nieco mniejszych, ale niekiedy równie kontrowersyjnych i baaardzo niefortunnych decyzji (np. różowe komplety strojów wyjazdowych! WTF?!) i wypowiedzi. Trzeba przyznać, że przez te cztery lata trochę się tego nazbierało…
Klub ze wspaniałą historią, pięknym stadionem i ogromną rzeszą wiernych kibiców był więc często przez Ashleya pośmiewiskiem dla całej futbolowej Anglii.
Ten plan ma dwa lata
Można również odnieść wrażenie, że Ashley wyjątkowo szybko zarządzeniem klubu się najzwyczajniej… znudził. Być może zaskoczyło go, że utrzymanie nowej „zabawki” tak sporo go kosztuje, a problemów z nią związanych jest za to bez liku. Kilkukrotnie ogłaszał więc nawet, że wystawia Newcastle na sprzedaż. Później jednak z różnych powodów decyzję swą zmieniał. Jak będzie teraz? Wprawdzie do kupienia jest nie cały klub a „tylko” nazwa stadionu, ale czy wobec ewentualnego braku zainteresowanych Ashley i tym razem nie będzie musiał zmienić zdania? „Ciekawe, ilu chętnych ustawi się w kolejce, by stać się wrogiem numer dwa dla kibiców Newcastle (bo Mike Ashley chyba pierwszego miejsca nie odda) i jeszcze płacić za to co roku miliony? – pyta Michał Karaś, redaktor naczelny serwisu Stadiony.net.
„I totally respect the tradition and history of the club (…) We are not disrespecting our fans at all. But we need to move with the times and this is progression….”
/Derek Llambias w wywiadzie dla BBC Radio Newcastle/
Pomysł Ashleya to jednak nie nowość. Pragnący uzyskać dodatkowe dochody z reklam i sponsoringu sternik klubu powrócił jedynie do swego planu z listopada 2009 roku. Wtedy to United byli spadkowiczami z Premiership, klubem z ogromnymi długami i przeciętnymi piłkarzami pobierającymi ogromne pensje. Zastrzyk gotówki był zatem niezbędny. Problem polegał jednak na tym, że zaproszeni do rozmów biznesmeni nie chcieli wówczas powiązać swoich marek i produktów z nazwą stadionu (klub chciał „wpleść” nazwę sponsora w historyczny człon). Ostatecznie, wobec braku chętnych, nazwę obiektu zmieniono na Sports Direct @ St. James’ Park, czyli Sports Direct na St. James’ Park. „Zamiast nowocześnie, wyszło groteskowo. Pomysł zadziałał na kibiców jak płachta na byka, zwłaszcza, że przypadł w trudnym dla klubu okresie.” – pisali o tamtym posunięciu redaktorzy witryny Stadiony.net.

Właściciel klubu Mike Ashley (z lewej) i dyrektor zarządzający Derek Llambias (fot. football365.com)
Teraz sytuacja jest zupełnie inna. „Sroki” są w czubie Premier League, oferując widzom całkiem dobrą piłkę i mając za sobą serię kilkunastu meczów bez porażki, a kiedy piszę te słowa również remis z Manchesterem United na Old Trafford. „– Naszym celem jest dostarczanie sukcesów kibicom i wszystkim osobom związanym z klubem. Musimy stać się finansowo samowystarczalni, by o nie walczyć” – twierdzi dyrektor zarządzający The Magpies, Derek Llambias. „- To bardzo trudne ekonomicznie czasy a zarząd jest odpowiedzialny za maksymalizowanie wszystkich strumieni dochodu dla dobra klubu. Zmiana nazwy oferuje lukratywny sposób na znaczne zwiększenie dochodów” – kontynuuje. Llambias przytacza też przykład londyńskiej Chelsea, która również ma przymierzać się do sprzedaży praw do nazwy stadionu, Ashleya porównując do znacznie bogatszego Abramowicza…
Arena Dziewic?
Abstrahując jednak od Stamford Bridge, w przypadku Newcastle mówi się o zainteresowaniu współpracą ze strony Tesco, Newcastle Brown Ale (miejscowy browar, który w przeszłości był już strategicznym sponsorem klubu), Virgin Money („Arena Dziewic”? – co na to fani?!), O2 czy Nike (tu problemem mógłby być fakt, że w tej chwili klub ma ważny kontrakt z konkurencją Amerykanów – firmą Puma). „Romans” miałby się rozpocząć z końcem bieżącego lub z początkiem następnego roku, a najpóźniej wraz ze startem kolejnego sezonu. Na sprzedaży nazwy stadionu NUFC mógłby zarobić przynajmniej trzy miliony funtów rocznie (plus kolejnych siedem za miejsce na koszulkach). Z jednej strony aż trzy miliony (Llambias marzy jednak o znacznie większej kwocie), ale z drugiej tylko trzy miliony (dla porównania londyński Arsenal dostaje rocznie od linii lotniczych Emirates sumę ponad dwukrotnie większą). Tylko, bo czy to rzeczywiście tak oszałamiająca kwota, dla której warto niszczyć 120-letnią tradycję?! Wprawdzie na Wyspach niemal regułą stało się już sprzedawanie sponsorom praw do nazw nowo wybudowanych stadionów (wymieńmy choćby wspomniany już Arsenal, a dalej Bolton, Leicester City czy Brighton & Hove Albion), jednak przypadków w których historyczną, tradycyjną nazwę na istniejącym od lat stadionie hańbi się nazwą sponsora jest nadal niewiele.
Dodatkowo pojawia się bardzo istotne pytanie, czy zyskana dzięki tego typu transakcji suma nie trafi czasem do kieszeni „Grubasa” jak nazywają swego „dobrodzieja” kibice, ale rzeczywiście przeznaczona zostanie (tylko) na działanie klubu? A jeśli tak, to – i tu serca fanów zaczynają bić mocniej – jaki jej procent menedżer Alan Pardew dostanie na ewentualne wzmocnienia kadry (kibice słusznie przypominają, że swego czasu z kwoty 35 milionów funtów, jakie NUFC zyskał dzięki sprzedaży Andy’ego Carrolla do Liverpoolu ani pens nie został zainwestowany w nowe nabytki!). Wiele osób zarzuca też Ashley’owi, że wykorzystuje United jako swego rodzaju wielki międzynarodowy „billboard reklamowy”, służący głównie do promowania sieci jego sklepów, czyli reklamy na której – jak twierdzą wtajemniczeni – klub paradoksalnie już nawet… nie zarabia i nie zarobi!

Do widoku niebiesko-czerwonego paskudztwa część fanów zdążyła się już przyzwyczaić (fot. nufc.co.uk)
Na linii klub – kibice znowu zrobiło się więc gorąco, choć wydawało się, że ostatnie sukcesy (czytaj sukcesiki) w Premier League oraz podreperowanie finansów klubu wreszcie pozwolą zakopać topór wojenny, a przynajmniej zapomnieć o starszych niesnaskach. Nic z tego. Zaczęła się kolejna fala protestów, a na Twitterze czy Facebook’u ponownie pojawiły się apele o bojkot. „Ashley i Llambias precz!”, „Nie zmieniać nazwy, zmienić właściciela!”, „Sprzedaliście duszę klubu” – oto tylko niektóre, i te najbardziej cenzuralne hasła z transparentów prezentowanych przez protestujących kibiców. Zbulwersowani fani pytają również jakie będzie kolejne posunięcie Ashleya? Zmiana barw? A może zmiana herbu?!
Newcastle United Supporters Trust (NUST), tj. oficjalne stowarzyszenie reprezentujące tysiące fanów klubu, skomentowało decyzję Ashleya z ironią: „Stadion Newcastle nazywał się St. James’ Park przez ponad 100 lat i dwa lata temu Derek Llambias zapewnił fanów, że oficjalna nazwa zawsze będzie brzmieć St. James’ Park, tak długo jak zarząd pozostanie u władzy. Więc nie dziwne, że kibice nie ufają zarządowi, chcą nowego właściciela i prawa do współrządzenia w klubie.”
W momencie gdy klub ogłosił, że St. James’ Park zmienia nazwę na Sports Direct Arena, z oburzenia zawyły media w całej Anglii. Lokalny „Evening Standard” grzmiał na okładce: „To zawsze będzie St James’ Park!”. Ogromne rozczarowanie decyzją Ashleya wyraził również młody napastnik United Adam Campbell. Gwiazda Newcastle Academy jest do dziś właściwie jedynym piłkarzem klubu, który publicznie skrytykował plany swego pracodawcy.
Nazwa wróci na igrzyska
Przeciwko zmianie nazwy stadionu zaprotestował również Urząd Miasta. Przedstawiciele Ratusza potępili decyzję włodarzy NUFC i zapowiedzieli jednocześnie, że nazwa St. James’ Park nie zniknie ani z drogowskazów prowadzących na obiekt, ani z nazwy sąsiadującej ze stadionem stacji metra (St. James Metro Station).

Protestujący dają dwóm najważniejszym osobom w klubie jasne "wytyczne" (fot. whoateallthepies.tv)
Jedno jest pewne. W przyszłym roku stadion znów na kilkanaście dni powróci do swej tradycyjnej nazwy. Będzie bowiem jedną z piłkarskich aren londyńskich Igrzysk Olimpijskich (na stadionie planuje się rozegranie aż dziewięciu spotkań) a jak wiadomo MKOl surowo zabrania używania nazw sponsorów w nazwach obiektów sportowych wykorzystywanych podczas igrzysk.
„Of course most Toon fans will make a point of continuing to call the stadium St James’ Park anyway. Let’s hope the football writers and broadcasters do too.”
/Paul Brown, dziennikarz The Guardian/
Prawdziwi/normalni/kumaci/ogąrnięci (nic nie skreślać!) kibice gromadnie zapowiadają, iż nadal będą przychodzić na mecze na ST. JAMES’ PARK. Bo to na stadion właśnie o takiej nazwie uczęszczali przez ostatnie 5, 10, 15,20, 50 lat… Tak jak fani Legii przychodzą dziś na spotkania swojego zespołu na Łazienkowską/Stadion Wojska Polskiego a nie na jakąś tam Arenę, tak jak sympatycy Borussi Dortmund, zasiadają wciąż na Westfalenstadionie a nie na/w jakimś tam Parku.
Staram się zrozumieć motywy i decyzję Mike’a Ashleya. Zdaję sobie sprawę, że ten kto jest właścicielem klubu, ten kto „wykłada kasę”, ten decyduje. Rozumiem też (choć się z tym nie mogę pogodzić), że piłka to dziś wielki biznes, a kluby muszą iść z duchem czasu i poddawać się co raz to większej komercjalizacji. Ale czy deptanie 120-letniej niemal tradycji rzeczywiście jest jedyną (jedyną i najlepszą) drogą do zdobywania środków finansowych niezbędnych do funkcjonowania klubu? Przykłady Realu Madryt i Estadio Santiago Bernabeu, Barcelony i Nou Camp czy wreszcie Milanu, Interu i stadionu San Siro pokazują, że niekoniecznie…
Na tym blogu St. James’ Park na zawsze pozostanie St. James’ Parkiem.
Against Mod€rn Football!
.
.
/źródła: skysports.com, nufc.co.uk, bbc.co.uk, stadiony.net, chroniclelive.co.uk, nufc.pl, nufc.com.pl, guardian.co.uk, football365.com, wikipedia.org/
.





2 komentarze
krzychu81
gru 4, 2011
@nthnth
„Głowy przy głowie” teraz paradoksalnie częściej niż na Wyspach oglądać można w Niemczech. A wszystko dzięki temu, że na całe szczęście tamtejsi „decyzyjni” poszli po rozum do głowy i zezwolili na sektory bez miejsc siedzących. Te są za bramkami niemal wszędzie (BVB, S04, Eintracht, Drezno, M’Gladbach…).
A jeśli chodzi o stadion w Gliwicach, to ten wysoko umieszczony pierwszy rząd od razu skojarzył mi się z podobnym (a może nawet jeszcze wyższym) na stadionie Hansy w Rostocku. Te schodki natomiast to rozwiązanie często spotykane w Holandii (np. Heerenven, Nijmegen, Almelo). Mają swój urok, chociaż też nie jestem wielkim fanem takich konstrukcji.
nthnth
gru 4, 2011
Konstrukcja i położenie St.James niesamowite. Ale te zespoły barierek i poszatkowanie sektorów poważnie psują efekt. Dawne czasy głowy przy głowie już chyba prędko nie wrócą. W kwestii barier strasznie przypomina to Pilczyce. Gdzie dodatkowo(zgodnie ze współczesną modą i czym tam jeszcze)umieszczono pierwszy rząd wysoko nad murawą. Szczytem dziwactwa w tym zakresie jest ostatnio stadion Okrzei.