Po kilku dniach przerwy spowodowanej m.in. niespodziewanymi komplikacjami podczas przenoszenia bloga z jednego serwera na drugi, powracam oto („Ajm bak tu byznes!”) z nowym tekstem i nową porcją zdjęć! Przed Wami trzecia i ostatnia już część relacji z mego wypadu do Turcji. Tym razem będzie o super-kibicach, super-klubie i super-stadionie…

Podróżowanie komunikacją miejską w Stambule, a zwłaszcza wycieczki miejscowymi autobusami, to niekiedy przygoda przez wielkie Pe. Autobusy niczym taksówki zatrzymują się dosłownie… wszędzie, praktycznie w każdym miejscu, w którym pasażer sobie zażyczy!

Chcesz wsiąść lub wysiąść między przystankami? Nie ma problemu! Na przejściu dla pieszych? Nie ma problemu! Wystarczy zamachać kierowcy albo krzyknąć na niego, a ten chętnie się zatrzyma, albo otworzy drzwi i… zwolni byś mógł wskoczyć lub wyskoczyć. Azja! :)

Tak samo light’owo traktowane są w Turcji rozkłady jazdy. Wprawdzie wiszą na przystankach, wprawdzie podane są tam godziny przyjazdu i odjazdu, ale tak naprawdę można je o dupę rozbić, bo i tak tamtejsi kierowcy ich nie przestrzegają. „Jak przyjadę, to przyjadę. Jak odjadę, to odjadę” – oto zasada, którą się kierują. Jednym słowem Dwoma słowami: pełny luz. Jak to u południowców…

Miałem „przyjemność” (?) podróżowania autobusem na niedzielny mecz pomiędzy Istanbul Büyükşehir Belediyesi S.K. (dalej tylko Istanbul B.B.) a liderem I. ligi – Trabzonspor Kulübü. Spędziłem godzinę czasu w pojeździe mającym lata świetności już daaaawno za sobą. A razem ze mną z 60 tubylców, głównie starszych, z których nikt nie mówił ani po angielsku, ani po niemiecku. Dlatego ratunkiem okazała się kartka z napisaną w języku tureckim nazwą stadionu – Atatürk Olimpiyat Stadyumu.

Przez Stambuł – jak na największą metropolię Europy przystało – jedzie się i jedzie a końca nie widać. Zadziwiający jest też kontrast pomiędzy wypasionym centrum miasta (szklane wieżowce, luksusowe sklepy i restauracje, mnóstwo drogich samochodów) a ubogimi przedmieściami (brud, smród i ubóstwo; klimaty jak na wsi, z osiołkami i furmankami pełnymi chrustu włącznie). Co ciekawe, widoki te dzieli zaledwie 10-15 minut.

Po 60 minutach kierowca zatrzymuje się i wykrzykuje trzy magiczne słowa, których i ja zdążyłem się już nauczyć z kartki. To przecież cel mej podróży – stadion olimpijski! Zrozumiałem więc, że prawdopodobnie jesteśmy już na miejscu. Wysiadam z autobusu a tam zielone wzgórza przede mną, a obwodnica za mną… Po stadionie ani śladu. Autobus odjechał a ja zwątpiłem czy rzeczywiście jestem tam, gdzie być powinienem. Na 15 minut przed pierwszym gwizdkiem stałem „gdzieś na przedmieściach”. A co jeśli kierowca był rasistą, albo nienawidził Trabzonsporu i zrobił mnie w ciula?!

I wtedy ryknęli! Goście ryknęli. Potężnie! Ogniem piekielnym, jak zwykł mawiać Staruch. A głos ich dobiegał zza wzgórza…

Wzgórza, które bardzo szybkim marszem zdobyłem w 5 minut. Wtedy to mym oczom ukazał się powyższy widok (fot. krzychu81)

Ukończony w połowie 2002 roku, leżący w dzielnicy İkitelli obiekt może pomieścić trochę ponad 76 tysięcy widzów. Został zbudowany z myślą o organizacji igrzysk olimpiskich w 2008 roku, które - ku rozpaczy Turków - MKOL ostatecznie przyznał Pekinowi... (fot. krzychu81)

Szaaaaaaliiiiiik Trabzonsporu tanio sprzedam!!! Szaliki, koszulki, czapki, flagi! Tylko u mnie! Szaaaaaaliiiiiik Trabzonsporu tanio sprzedam!!! Szaliki, koszulki, czapki, flagi! Tylko u mnie! (fot. krzychu81)

Zapowiedź tego co mnie czeka... Za chwilę miałem być świadkiem rekordowego wyjazdu kibiców w historii tureckiego futbolu! (fot. krzychu81)

Stadion wybudowany nie tak dawno a jednak nie jest brzydką nowoczesną szklaną bryłą, jakich teraz powstaje sporo, a betonowym obiektem w "starym stylu". Może jestem psychicznie skrzywiony, ale podobało mi się! (fot. krzychu81)

Turcy potrzebują czterech wyrazów, Polakom starczą dwa: trybuna główna (fot. krzychu81)

Aby wejść na górne sektory trybuny głównej nie trzeba wprawdzie pokonywać tylu schodów, co wchodząc na taras widokowy Pałacu Kultury i Nauki, ale i tak przy wbieganiu (do meczu pozostało kilkanaście sekund, więc innej opcji nie było) można stracić kilkadziesiąt gramów (fot. krzychu81)

Ostatni raz spoglądam za siebie... (fot. krzychu81)

.

Zanim przejdę do kolejnych fotek jeszcze krótka lekcja kupowania biletów na mecz u tureckich koników (by kurs był przystępny dla większej rzeszy czytelników zamieszczam polskie tłumaczenie angielskiego w oryginale dialogu pomiędzy sprzedającym a kupującym):

Konik: Mój przyjacielu, chcesz kupić bilet, tani bilet?! Trybuna główna!
Krzychu: Chcę. Za ile?
Konik: 50 euro, mój przyjacielu!
Krzychu: Zwariowałeś?!?!
Konik: Nie, nie. Oczywiście chciałem powiedzieć 25 euro.
Krzychu: Nie, dziękuję (to wprawdzie cena jakiej się spodziewałem, ale akurat zauważyłem wciąż otwarte kasy 50 metrów dalej)
Konik: No to 25 dolarów! (wciska mi siłą bilet do ręki)
Krzychu: Nie! (chcę mu oddać wejściówkę, ale on chowa ręce)
Konik: No to 25 tureckich lirów.
Krzychu: Nie, kupię w kasie. (zwracam mu bilet, odwracam sie i odchodzę).
Konik: OK, to nie. (plus kilka słów po turecku, prawdoposobnie przekleństw)
Mija dosłownie pięć sekund… Leci za mną.
Konik: No to niech stracę (do rozpoczęcia meczu już tylko kilka minut a on miał jeszcze z 8 wejściówek do sprzedania). 10 tureckich lirów.
Krzychu: Dobra, biorę! (to tylko 17 zeta, więc zrobiłem interes życia!)
Konik: Dziękuję, mój przyjacielu.

Cokolwiek kupujecie w Turcji zasada jest prosta: targować się, targować sie i jeszcze raz – targować się!

.

Piłkarze Trabzonsporu nie chcieli by ich wierni kibice stracili dobry humor i już na początku meczu objęli prowadzenie (fot. krzychu81)

A jeśli już o wiernych kibicach mowa. Panie i Panowie, oto... sektor gości! (fot. krzychu81)

Istanbul B.B.: Hasagiç – Kuś, Serhat, Mahmut, Ekrem – Zeki, Cihan, Holmen, Gökhan – Tevfik, Tum. +++ Trabzonspor: Onur – Serkan, Giray, Egemen, Cale – Selçuk, Colman, Yattara, Jaja – Burak, Umut. (fot. krzychu81)

Panie i Panowie, trybuna główna była natomiast opanowana... także przez fanów z Trabzonu (fot. krzychu81)

Góra, środek, dół. Sympatycy Bordo-Mavililer byli dosłownie wszędzie! (fot. krzychu81)

Te dwa sektory były jednak najważniejsze. To stąd szły pierwsze nuty większości pieśni i pierwsze głoski większości okrzyków (fot. krzychu81)

Przeciwległy sektor był oflagowany i otransparentowany (fot. krzychu81)

Rzut oka na boczne boisko. Jak widać przewidziano tylko jedną bramkę. W tle oczywiście osiedle na Ursynowie (fot. krzychu81)

Nie wiedzieć czemu, przez cały mecz wydawało mi się z oddali, że jedyny Polak na boisku - obrońca gospodarzy Marcin Kuś (Arkadiusz Głowacki z Trabzonsporu był rzecz jasna kontuzjowany) gra z numerem 20. Stąd m.in i powyższe zbliżenie (fot. krzychu81)

Trybuna główna nie była wyprzedana. Najwięcej osób (79.414) zasiadło na tym obiekcie w dniu jego otwarcia. Galatasaray podejmował wówczas grecki Olympiacos (fot. krzychu81)

Zainteresowanie ze strony dziennikarzy jak widać średnie. A szkoda (fot. krzychu81)

Zagadka: co robią kibice Trabzonsporu gdy zmarzną? Odpowiedź: rozpalają ognisko by się ogrzać! A wszystko to na trybunie głównej... (fot. krzychu81)

Choć na załączonym obrazku atakować próbują pomarańczowi, to to Trabzonspor od samego początku był lepszym zespołem. Sześciokrotny mistrz kraju potwierdził, że zasłużenie jest ligowym liderem (fot. krzychu81)

Chyba nie przesadzę, jeżeli napiszę, iż dla takich widoków warto żyć?! A już na pewno warto przemierzyć tysiące kilometrów! (fot. krzychu81)

Wyżej wyleźć się już nie dało... (fot. krzychu81)

Pstryk... (fot. krzychu81)

...i pstryk, czyli pstrykanie niczym Polacy we Watykanie (fot. krzychu81)

O piwie i kiełbie mogłem zapomnieć. Był za to Ayran, czyli popularny słony turecki napój wytwarzany z jogurtu i wody. Ayran podawany jest schłodzony. Na tureckiej prowincji napojem tym podejmuje się gości (fot. krzychu81)

Za moment jedna z nielicznych w I. połowie szans gospodarzy (fot. krzychu81)

I jeszcze jedna. Trener Şenol Güneş nauczył jednak swoich chłopców, jak się skutecznie bronić przyz rzutach rożnych przeciwnika (fot. krzychu81)

I pomyśleć, że gdzieś tam w oddali toczy się normalne życie... ;p (fot. krzychu81)

Jak widać stadion nie jest jeszcze w 100% ukończony. Jak widać był i sektor buforowy. Jak widać oddzielał kibiców Trabzonsporu od kibiców... Trabzonsporu (fot. krzychu81)

I jeszcze to samo z nieco innej perspektywy (fot. krzychu81)

A to kibice gospodarzy. Serio! Robiąc tę fotkę jeszcze nie wiedziałem, że po spotkaniu przyjdzie mi z nimi wracać do centrum miasta jednym i tym samym autobusem... (fot. krzychu81)

Kibice TK mają jedną słabość. Nie potrafią robić zdjęć. Te trzy powyżej to - wierzcie mi - te najlepsze fotki ze wszystkich zrobionych mi tamtego dnia. Albo mało co widać, albo fotka jezt rozmazana, albo zbyt ciemna... (fot. krzychu81)

Zdaniem niektórych kibiców gra Trabzonsporu przypomina już boiskowe popisy Barcelony (fot. krzychu81)

73. minuta. Burak Yılmaz! Turecki napastnik o tym jakże pięknym imieniu za sekundę ponownie wyprowadzi przyjezdnych na prowadzenie (fot. krzychu81)

A nie mówiłem?! (fot. krzychu81)

Miazga! Żałujcie, że to zdjęcie to tylko wizja bez fonii. Kibice TK to jedna z najlepszych ekip, jakie dotąd przyszło mi oglądać (fot. krzychu81)

"Ne Cimbon Ne Fener En Büyük SADRİ ŞENER" - wszystko jasne. Przynajmniej dla tych z Was, którzy znają turecki ;d (fot. krzychu81)

80% tych aut ma rejestrację z Trabzonu (fot. krzychu81)

Na koniec moje ulubione zdjęcie z tamtego meczu. Prawda, że trzyma klimat? (fot. krzychu81)

.

O tym szczególnym spotkaniu pisałem już tuż po przyjeździe tutaj, a kolega Michał wspomniał o nim z kolei tutaj. Obaj położyliśmy nacisk na nadzwyczajną i rekordową mobilizację kibiców.

A dla zainteresowanych linkuję do wcześniejszych odcinków relacji z mojego pobytu w Turcji: Krzychu on tour: Tam gdzie kończy się Europa a zaczyna Azja (cz. 1), czyli dzień Galatasaray oraz Krzychu on tour: Tam gdzie kończy się Europa a zaczyna Azja (cz. 2), czyli stadiony Besiktasu i Fenerbahce.