no_standingCzasem tak mam przy niedzieli, że zbierze mi się na wspomnienia i sentymenty. Wybrałem się dziś do baru, by oglądnąć przy piwku dwa derbowe mecze angielskiej Premier League – Sunderland kontra Newcastle oraz Liverpoolu kontra Everton. Jak tak siedziałem wpatrzony w ekran, to najpierw coś mi się przypomniało, a później coś sobie uzmysłowiłem…

Początkowo planowałem zostać jeszcze na trzecie spotkanie (Tottenham – Manchester United), ale po zakończeniu Merseyside derby i kilku piwkach (to pierwsze już o 11 rano, podczas sparingu Bohemki) zrobiłem się jakiś taki senny i zmenczon (jak Krzysztof Klenczon).

Ale wcale nie tym chcę się z Wami podzielić. Otóż przypomniało mi się podczas tych projekcji, że w zeszły poniedziałek widziałem (również w barze – a to ci zbieg okoliczności!) drugą połowę meczu III. rundy Pucharu Anglii (FA Cup) pomiędzy Crawley Town i Derby County (niespodzianka, gospodarze wygrali 2:1 golem w doliczonym czasie gry).

Pogoda była tam fatalna (zimnica, strasznie padało, wiał porywisty wiatr), murawa w okropnym stanie (zryta, zjechana, zaorana i kilka innych słów na Zet, w tym słowo „błotnista”), arena meczu – Broadfield Stadium, bardzo kameralna (małe trybunki z krótkimi dachami za bramkami i tylko jedna, nieco większa Main Stand), lecz wypełniona po brzegi. Oświetlenie sprawiało wrażenie jakby niewystarczającego, było ciemnawo, jakby jupiterom brakowało mocy albo nie wszystkie z reflektorów były włączone.  Kibice z kolei bardzo ożywieni, stale dopingujący i bardzo emocjonalnie reagujący na boiskowe wydarzenia, a także – co ważne – stojący, nie siedzący. Ich okrzyki słychać było dobrze podczas transmisji. A na boisku walka o każdą piłkę i każdy metr murawy. Długie podania (kick & run), nieustanne wrzutki w pole karne, wślizgi, pojedynki główkowe. W składach obu drużyn głównie Brytyjczycy…

Wszystko to dawało taki „podręcznikowy” obraz angielskiej piłki. Tej piłki, którą jak przez mgłę (znad Tamizy rzecz jasna) pamiętam jeszcze z przełomu lat 80. i 90. Tego słynnego „wyspiarskiego futbolu”, który zawsze odróżniał kolebkę tego sportu od innych zakątków świata, a który można teraz oglądać niestety tylko w niższych ligach, gdzie występują kluby, których właściciele nie pochodzą ani ze Stanów, ani z Bliskiego Wschodu (bo powiedzcie mi, co jedni i drudzy mogą wiedzieć o futbolu, angielskim futbolu?).

I nagle zatęskniłem. Zatęskniłem straszecznie! Oj, jak ja w ten czas zatęskniłem!!! Za meczami Arsenalu, w którego składzie był tylko jeden cudzoziemiec. Za twardzielami – Vinnie Jones’em, Stuartem Pearce’m, Tony Adamsem, Paulem Mersonem, Roy’em Keane’m. Za mogącą stać, a nie muszącą siedzieć publiką. Za angielską piłką, której teraz w Premier League już nie ma jest tak mało! Bo angielska piłka, moi drodzy, ta prawdziwa – Made in England, to był właśnie ten mecz walki pomiędzy Crawley Town a Derby County, rozgrywany na fatalnym, acz typowo angielskim boisku, przy fatalnych, acz typowo angielskich warunkach atmosferycznych.

To była tamta potyczka i tysiące innych, odbywających się co weekend w Dronfield, Weymouth, Workington, Corby i innych angielskich wsiach i miasteczkach na północy, południu, wschodzie i zachodzie kraju. To właśnie one są tym „co tygryski lubią powinny lubić najbardziej”.  One a nie pojedynek „na szczycie” Manchesteru City z londyńską Chelsea, kiedy 18 z 22 biegających po boisku piłkarzy to cudzoziemcy, zarabiający tygodniowo obrzydliwe wręcz kwoty pieniędzy i spotykający się co weekend (mecze rozgrywane nie o normalnej porze, a w południe, by widz w Azji też mógł popatrzeć, i to w swoim Prime time!) na odpicowanych i architektonicznie doskonałych (lecz pozbawionych klimatu) cackach typu Emirates Stadium nowy stadion Arsenalu, na który kibice dostaną się tylko wówczas jeśli zapłacą za bilet kupę pieniędzy.

Dlatego jeśli wybieracie się w (mniej lub bardziej  piłkarską) podróż na Wyspy, obowiązkowo złóżcie wizytę na Anfield Road, Old Trafford czy White Hart Lane, wybierzcie się śmiało na mecze West Hamu, Aston Villi czy Evertonu. Bo to miejsca święte a kluby kultowe. Ale pamiętajcie, że ten niepowtarzalny klimat angielskiej piłki znacznie łatwiej znajdziecie na innych – znacznie mniejszych obiektach, w innych – znacznie niższych ligach.

Tylko jak to teraz wszystko wytłumaczyć dzieciakom?!

Oby sami zrozumieli, jak tylko trochę podrosną…

Contro il calcio mod€rno!