Jednego dnia czytam, że kibole Lecha są oburzeni sposobem, w jaki ten „niewdzięczny zdrajca” i „łasy na kasę sprzedawczyk” Sławomir Peszko pożegnał się z ich klubem. Innego znów, że „prezes Lecha Andrzej Kadziński nienawidzi ludzi, którzy nie identyfikują się z zespołem, za nic mają herb, który noszą na koszulce”. Śmiać mi się chce z tej obłudy. Po pierwsze bowiem, kto jak kto, ale kibice Kolejorza są (wraz z nielicznymi fanami pewnego tworu z Warszawy) ostatnimi chyba kibicami w Polsce, którzy mają prawo cokolwiek piszczeć o „sprzedawczykach”, „poszanowaniu tradycji” i „przywiązaniu do klubu i herbu”, o czym zresztą krótko, choć dosadnie pisano ostatnio tutaj. Po drugie, zanim szanowny pan prezes zacznie uczyć innych godności, moralności i dobrych manier, niech sobie łaskawie przypomni, w jaki (bardzo mało elegancki!) sposób „reprezentował” wielkopolski klub w czeskiej Pradze? Ci co byli i widzieli dobrze wiedzą o czym mówię… A Peszki bronić nie zamierzam (nigdy jakoś nie darzyłem go sympatią). Życzę mu tylko powodzenia w Bundeslidze, jak zresztą każdemu wyjeżdżającemu z kraju polskiemu piłkarzowi.




