Siódmego dnia Allah miał odpoczywać. Wstał około jedenastej. Walnął browara i przypomniał sobie, że wczoraj stworzył Turcję, ale nie był ze swego dzieła do końca zadowolony. Czegoś mu brakowało. Czuł niedosyt. Włączył więc służbowy laptop i chwilę potem stworzył Besiktas, Galatasaray i Fenerbahce. – Dopiero teraz me dzieło będzie kompletne – pomyślał.
Nie mogę Wam obiecać, że właśnie tak to było, ale za to zgodnie z obietnicą zamieszczam drugą część mojej relacji ze Stambułu. Tym razem jednak to nie tyle groundhopping, co groundspotting, czyli odwiedzanie pustych stadionów, bo dzielę się Wami fotkami z wizyt na obiektach spod obiektów Fenerbahce i Besiktasu, na których podczas mej „inspekcji” tureckiej metropolii meczów niestety nie rozgrywano.
Pierwszy dzień w Stambule upłynął nam pod znakiem pijaństwa („Nie ma futbolu bez alkoholu!” – jak mawia najbardziej boski spośród pracowników rzeźni). Drugi poświęciliśmy najbardziej znanemu w świecie tureckiemu klubowi. Dnia trzeciego wyruszyłem z kolei na podróż po mieście, by najpierw rzucić okiem na stadiony wspomnianych gigantów, a później zasiąść na trybunach podczas pojedynku Istanbul B.B. – Trabzonspor, o czym jednak przeczytacie dopiero za kilka dni – w ostatniej części mojej relacji.
Dobra, zaczynamy! Za górami, za lasami, w dalekim kraju zwanym Turcją…
Fenerbahçe Spor Kulübü
W drodze na stadion. Jak tylko zobaczyłem sklep z czerwonym napisem "Kupa", pomyślałem że sprzedają tam pamiątki Bayernu Monachium (jaki klub, taki fanshop). Okazało się jednak, że to tylko obuwniczy (w sumie lepsze buty, niż np. spożywka). (fot. krzychu81)
Jak brat z bratem. Jak widać nienawiść z trybun jest odwrotnie proporcjonalna do nienawiści w biznesie... Położone w centrum miasta niewielkie sklepy z pamiątkami dwóch największych stambulskich rywali dzieli tylko cienka ściana a sprzedawcy kilka razy dziennie piją razem herbatkę (fot. krzychu81)
Skoro już o herbacie mowa, to by dostać się do azjatyckiej części miasta musiałem odbyć mniej więcej 20 minutową podróż promem. Na jego pokładzie herbatka była. Piwa niestety nie stwierdzono... (fot. krzychu81)
Ciepło, ciepło... Gorąco, gorąco... Parzy! Już po kilku minutach marszu po kontynencie azjatyckim ukazuje się mym oczętom dach mego pierwszego tego dnia obiektu pożądania (fot. krzychu81)
Dzielnica o nazwie Kadıköy. Jak widać na załączonym obrazku, w tej części Stambułu panuje swoista... moda na Fenerbahce (fot. krzychu81)
Gdy zobaczyłem tę rzeźbę, pomyślałem sobie, że właśnie tak wyglądał ten słynny Mehmet Şükrü Saracoğlu! Dopiero kilka sekund później dotarło do mnie, że zmarły w 1953 roku turecki polityk (m.in. premier Turcji, a także minister spraw zagranicznych i minister finansów), który był przez kilkanaście lat prezesem Fenerbahce, i którego nazwiskiem nazwano zresztą stadion klubu, wyglądał raczej nieco inaczej (tak, tak - czuję że rymuję). (fot. krzychu81)
Jezzzdem! Nowy Şükrü Saracoğlu to typowa nowoczesna bryła. Szkoda, że była tego dnia zamknięta (fot. krzychu81)
Przebudowa stadionu trwała siedem lat (1999 - 2006) i kosztowała 85 tysięcy dolarów. Obiekt może pomieścić 50.530 (fanatycznych zazwyczaj) widzów (fot. krzychu81)
Jedynie główna trybuna - "Maraton" ma tradycyjną nazwę. Nazwy trzech pozostałych to już niestety czysta komercha (fot. krzychu81)

Jak widzieliście na powyższym planie, wejść i wyjść ze stadionu jest od groma. Dokąd prowadzi te po lewej zielonego pojęcia nie mam. Tym z prawej wchodzą na obiekt dziennikarze (fot. krzychu81)

Kasy biletowe. Ta po lewej otwarta, ta po prawej zamknięta. Dystrybucją biletów na imprezy sportowe w Turcji (w tym na mecze piłkarskie) zajmuje się firma/portal Biletix. Plusem jest, że dzięki temu można je łatwo kupić przez Internet. Minusem że bilet na mecz Galatasaray będzie wyglądał niemal identycznie jak ten na spotkanie Besiktasu czy ten na pojedynek Ankarasporu... Against Modern Match Tickets! (fot. krzychu81)
Tak wygląda stary fanshop Fener. A właściciwie to, co z niego zostało (fot. krzychu81)
A to już nowoczesny, full wypas, super-hiper odjazdowy, zajebiaszczy "megastore" FSK. Podobnie jak kilkadziesiąt innych sklepów z pamiątkami Fenerbahce w całej Turcji nosi nazwę Fenerium (nie mylić z Relanium). (fot. krzychu81)

Podobnie jak we fanshopie Galaty, tak i tu wybór klubowych gadżetów godny podziwu i szacunku. Pod tym względem Polskę i Czechy dzielą niestety od Turcji jeszcze lata świetlne (fot. krzychu81)
"No fear", czyli sporych rozmiarów zdjęcie słynnej oprawy przed meczem Ligi Mistrzów z włoskim Milana (fot. krzychu81)
I jeszcze fotka z drugiej strony. Następnym razem gdy tu zawitam, ta ulica będzie pełna miejscowych kibiców a ja będę miał w kieszeni bilet na mecz. Trzymajta mnie za słowo! (fot. krzychu81)
Założony w 1907 roku Fenerbahçe Spor Kulübü jest najmłodszym z trójki stambulskich gigantów (fot. krzychu81)
Czterech pancernych (bez psa). Od lewej (jeśli się nie mylę): Gökhan Gönül, Caner Erkin, Diego Lugano i Mehmet Topuz. Döner Kebab tamtego dnia nie klaskał... (fot. krzychu81)
Piłkarze Fenerbahce to "Sarı-Lacivertliler", czyli żółto-granatowi. A to zdjęcie wrzucam, bo futbol (tak jak i diabeł) tkwi w szczegółach. Prawda, Endi? ;) (fot. krzychu81)
Trybuna jaka jest każdy widzi... (fot. krzychu81)
W oddali widać Stary Kontynent! "Mamma, I'm comin' home!" (fot. krzychu81)

Z powrotem w "domu". Choć może tak nie wygląda, to to jest właśnie ta europejska część Stambułu (fot. krzychu81)
W Turcji inaczej podchodzą do Polaków i Czechów niż np. w Anglii, Niemczech czy Holandii. Tu nie kojarzymy się nikomu ze złodziejami, tu nie jesteśmy kombinatorami, tu nie jesteśmy „ubogimi krewnymi z bloku wschodniego”. Nasi rodacy bowiem nie zdążyli tu jeszcze narobić wiochy, tak jak w innych europejskich miastach. Turcy wypowiadają się więc o naszym kraju i o nas – jego mieszkańcach bardzo ciepło, często zaskakując swojego rozmówcę znajomością polskich słów i zwrotów.
W centrum Stambułu jest bardzo mało typowych, klimatycznych sportowych barów, w których można bez problemu oglądnąć mecze czołowych lig europejskich i napić się przy tym dobrego piwa. Jednym z nielicznych, który mogę Wam z czystym sumieniem polecić, jako że sam tam gościłem, jest stylizowany na angielski pub The North Shield (adres: Hoca Paşa Mh., 34110 Istanbul) znajdujący się tuż obok tramwajowego przystanku „Gülhane” (linia T1).
Beşiktaş Jimnastik Kulübü
Mój ulubiony turecki klub wziął swą nazwę od nazwy przylegającej do Bosforu dzielnicy miasta (fot. krzychu81)
Do wyboru, do koloru! Poza szalikami tureckich klubów jest też m.in. Inter, Chelsea, Arsenal, Barcelona oraz reprezentacje Brazylii, Argentyny i Niemiec. Polskę reprezentuje LKS Nieciecza (fot. krzychu81)
Zabawa w skojarzenia. Żółta taksówka - zmiennicy - serial - piosenka: "Coś być musi, do cholery, za zakrętem!" Stadion jest, do cholery, za zakrętem... (fot. krzychu81)

Okolice Fiyapı İnönü Stadyumu (prawda, że ładnie?!), są jednym z wielu miejsc Stambułu, w którym nowoczesność (drapacz chmur z lewej) łączy się ze starożytnością (Bosfor, historyczna zabudowa miasta i minarety z prawej). (fot. krzychu81)
Czerń i biel wybrano na klubowe barwy nieprzypadkowo. Z całej gamy kolorów to przecież te o największym kontraście. Czarny to dodatkowo kolor żałoby. W przypadku Besiktasu symbolizuje pamięć o piłkarzach tego klubu, którzy zginęli podczas działań wojennych w I. połowie XX w. (fot. krzychu81)
Czyżbym trafił na dni otwartych drzwi? (fot. krzychu81)
Choć jest nie do sforsowania, to nie jest to główna brama zamku w Malborku. Choć jest rzeźbiona, to nie jest to główna brama moskiewskiego Kremla. Choć jest efektownie zdobiona, to nie jest to nawet główna brama bazyliki w Licheniu! (fot. krzychu81)
Pamiątkowa tablica przypominająca o tym, że stadion zaprojektowała trójka architektów - Vietti Violi, Şinasi Şahingiray oraz Fazıl Aysu. 19. maja 1947 roku nastąpiło z kolei jego otwarcie (fot. krzychu81)
A to plan obiektu. Rolę głównej trybuny spełnia ta północna - Numarali. Na przeciwległej (Kapali) miejsca zajmują natomiast najlepsi kibice w Turcji - Çarşı (fot. krzychu81)

Tutejsze kasy mają w sobie coś niezwykłego... (fot. krzychu81)

...wąskie wejścia prowadzące na trybuny zresztą też! (fot. krzychu81)
Głównym sponsorem klubu jest Cola Turka. Cola Turka, moi mili, smakuje mniej więcej tak fatalnie jak nasza Hoop Cola, albo również nasza Polo Cockta... (fot. krzychu81)
W Turcji też dobrze wiedzą, że policja i kapusie, to w sumie jedno i to samo! (fot. krzychu81)
Ogromna zadaszona Yeni Açık Tribün (fot. krzychu81)
Na tym zdjęciu widać ją trochę lepiej. Ach, gdyby tak któregoś dnia na niej zasiąść... (fot. krzychu81)
Dwa z trzech zdecydowanie najważniejszych obiektów na dzielni: stadion BJK i minaret oraz kopuła meczetu Sinana Paszy (fot. krzychu81)
To dosłownie tylko parę kroków od słynnej cieśniny łączącej Morze Czarne z Morzem Marmara... (fot. krzychu81)
Sklep z pamiątkami. Jeden z dwóch na stadionie (fot. krzychu81)

Orzeł nad wejściem do fanshopu i orzeł na witrynie tego przybytku. Nic dziwnego, bowiem Besiktas to przecież Karakartallar, czyli "Czarne orły" (fot. krzychu81)
Wyjątkowo miły personel. Koleś z lewej był kiedyś na meczu w Pradze (z czeskich klubów kojarzył Slavię, Viktorię Plzeň i - ku mej uciesze - Bohemkę, nie słyszał natomiast o Sparcie ;p). Teraz częściej niż na piłkarskich spotkaniach BJK jest na koszykarskich pojedynkach tego klubu (mają obecnie w składzie słynnego Allena Iversona, a także naszego Michała Ignerskiego). Rozmawialiśmy dobre pół godziny. O jego koleżance (ach, och, ech, mniam) będzie za chwilę... (fot. krzychu81)

Czarno-białe gadżety w czarno-białym sklepie kibica (fot. krzychu81)
Największa gwiazda BJK - hiszpański pomocnik José María Gutiérrez Hernández, znany światu bardziej jako Guti (fot. krzychu81)
Piękna i bestia. Imienia tej brunetki nie pamiętam, ale w związku z podobieństwem do bohaterki jednej z Disney'owskich bajek, już na zawsze będzie to dla mnie Pocahontas. Za jej rękę ofiarowałem - zgodnie z tradycją - pół królestwa, tj. połowę mojej kolekcji tygodników "Piłka Nożna", połowę wszystkich posiadanych przeze mnie biało-zielonych koszulek i szalików oraz połowę zapasu piw, jaki zostawiłem w lodówce mego praskiego mieszkania! Takie skarby, a ona skubana odmówiła... (fot. krzychu81)
.
To tyle na dziś. Mam nadzieję, że brnąc przez zdjęcia i tekst nie męczyliście się jak na tureckim kazaniu. :)
Jak już wspominałem, w trzecim i ostatnim odcinku mych piłkarskich wspomnień ze Stambułu zawitamy na pachnący jeszcze nowością gigantyczny stadion olimpijski im. Mustafy Kemala Atatürka, na którym Istanbul B.B. z Marcinem Kusiem w składzie podejmował Trabzonspor SK bez Arkadiusza Głowackiego w składzie.
To już za kilka dni. Nie wyłączajcie Waszych monitorów!




