W minioną niedzielę miałem PRZEolbrzymią przyjemność gościć na największym stadionie w Turcji – olimpijskim obiekcie im. Mustafy Kemala Atatürka (w tym kraju niemal wszystko co najważniejsze nosi imię założyciela państwa tureckiego i zarazem jego pierwszego prezydenta). Mecz Istanbul B.B. z liderującym w tabeli Trabzonsporem początkowo nie zapowiadał się jakoś wyjątkowo…
…ale wyjątkowym był i już na zawsze przejdzie do historii tureckiego futbolu! A wszystko za sprawą frekwencji, a konkretniej – mobilizacji kibiców klubu z Trabzonu, którzy przeprowadzili istną inwazję na Stambuł.
Fani Bordo-Mavililer zdawali sobie dobrze sprawę, że ich przeciwnik, powstały dopiero w 1990 roku nowobogacki klub, mimo całkiem niezłych wyników w lidze, nie ma zbyt wielu kibiców, ale rozgrywa za to swe mecze na olbrzymim obiekcie, na którym można pokazać piłkarskiej Turcji jak wielu z kolei fanów ma sześciokrotny mistrz kraju.
Niestety nikt nie podał oficjalnej frekwencji, ale szacuje się, że na stadionie pojawiło się ok. 55-56 tysięcy osób. Jako że obiekt może pomieścić nieco ponad 76 tysięcy widzów, śmiem twierdzić iż – zgodnie z doniesieniami niektórych kibiców – sympatyków futbolu było na stadionie im. Atatürka jeszcze więcej! Na liczby w okolicach 60 tysięcy wskazywałby chociażby fakt, że puste pozostały tylko sektory za jedną z bramek oraz krańce bocznych sektorów na trybunie głównej. Patrząc na odległość dzielącą Stambuł i Trabzon (ponad 1000 km) oraz pogodę (temperatura poniżej zera), to niesamowity wyczyn (rekordowy wyjazd nie tylko jeśli chodzi o ligę turecką!), którego nie pomniejsza nawet fakt, że spora grupa fanów lidera tureckiej I. ligi mieszka na stałe w Stambule.
Na parkingu – sądząc po tablicach rejestracyjnych – parkowały auta i autobusy z całej Turcji. Wielu fanów przybyło też z Niemiec (niektórzy przyjechali tylko i wyłącznie na mecz, inni połączyli wizytę na stadionie olimpijskim z odwiedzinami rodziny w Turcji). Wśród „gości” zasiedli również fani Malatyasporu (w sile ok. 30 głów). To najprawdopodobniej zgoda Trabzonsporu, ale nie jestem pewien…
Kibiców „gospodarzy” było z kolei ok. 25. Stali w zorganizowanej grupie (była flaga, transparenty a nawet skromna kartoniada) na dole głównej trybuny. Sporadycznie próbowali dopingu, ale wobec przewagi rywala nie mieli oczywiście najmniejszych szans…
Dla potrzeb „One love…” wybrałem pierwszą fotkę, którą wykonałem tamtego popołudnia – wyłaniający się zza wzgórza stadion (trybuna główna, na której i ja kilkanaście minut później zasiadłem) i przydrożnego sprzedawcę flag. Niech poniższe zdjęcie będzie zapowiedzią mojej relacji z tego nadzwyczajnego spotkania, która pojawi się na łamach bloga już wkrótce…

.
.
Istanbul Büyükşehir Belediyesi Spor – Trabzonspor Kulübü 1:3 (1:1)
2. i 73. (rzut karny) Burak, 76. Umut – 40. Tum
Istanbul: Hasagiç – Kuś, Serhat, Mahmut, Ekrem – Zeki (67. İbrahim), Cihan, Holmen (79. İskender), Gökhan – Tevfik (79. Ali), Tum. Trener: Abdullah Avci.
Trabzon: Onur – Serkan, Giray, Egemen, Cale – Selçuk, Colman, Yattara (46. Engin), Jaja (66. Alanzinho) – Burak (86. Ceyhun), Umut. Trener: Şenol Güneş.
Żółte kartki: Holmen, Tum, Ekrem, Gökhan, Serhat – Egemen, Colman, Serkan
Czerwona kartka: 82. Ekrem (Istanbul)
Drukował: Bülent Yıldırım
Widzów: ponad 55.000





5 komentarze
My Football Way | Krzychu on tour: Tam gdzie kończy się Europa a zaczyna Azja (cz. 3)
sty 28, 2011
[...] tym szczególnym spotkaniu pisałem już tuż po przyjeździe tutaj, a kolega Michał wspomniał o nimz kolei [...]
My Football Way | Krzychu on tour: Tam gdzie kończy się Europa a zaczyna Azja (cz. 1)
gru 18, 2010
[...] stadionie Ali Sami Yen!) będzie poniżej, o drugim (Istanbul B.B. kontra Trabzonspor – rekordowy wyjazd kibiców gości!) za kilka dni, a także obiekty ich słynnych lokalnych rywali (zarówno Fenerbahce, jak i [...]
Arek
gru 16, 2010
hehe faktycznie! Pierwszy raz słyszę, że istnieje taki klub ze Stambułu jak Büyükş…. coś tam Spor (ja pierdzielę – jakim cudem oni w ogóle potrafią to wymówić:P), więc skupiłem się tylko na składzie przyjezdnych :)
krzychu81
gru 16, 2010
Ależ polski akcent na boisku był! Marcin Kuś – 90 minut w barwach „gospodarzy”. Więc gdyby zagrał jeszcze Arkadiusz Głowacki (jak zwykle kontuzjowany), to byłoby pewnie 151% satysfakcji! :))
Arek
gru 16, 2010
Jedyne czego chyba można żałować to, że zabrakło polskiego akcentu na boisku. Wtedy byłoby pewnie 101% satysfakcji :)