Jeśli ktoś z Was kupił weekendowe wydanie „Przeglądu Sportowego” lub „Sportu”, to znalazł w nim zapewne tradycyjny kolorowy dodatek – „Magazyn Sportowy”, w którym opublikowany został artykuł Leszka Błażyńskiego o turystyce stadionowej. To raczkujące jeszcze w Polsce hobby rozsławia w nim trójka uczestników II. zlotu polskich groundhopperów…
Moi szanowni koledzy – Rzeźnik, Endi i Marcin (trochę kilometrów się już razem zrobiło, trochę goli widziało, trochę piwek wypiło) opowiadają o swej pasji bardzo ciekawie a pan dziennikarz równie ciekawie ich opowieści sklecił w jedną całość (troszeczkę pomieszał wypowiedzi, ale ogólnie dostaje pochwałę za bardzo dobrą robotę!). Cała czwórka plus Pierwsza Dama Polskiego Groundhoppingu – Lady Kreska, spotkała się podczas inauguracyjnego dnia zlotu w miejscu dla polskiej a zwłaszcza górnośląskiej piłki szczególnym, tj. na stadionie przy ul. Cichej w Chorzowie dla rozwoju turystyki stadionowej symbolicznym, tj. na stadionie… ROZWOJU w Katowicach. :)
To już drugi tego typu artykuł, który ukazał się w ostatnim czasie w prasie ogólnopolskiej. Na początku października lansowaliśmy bowiem tę „Bardzo męską rozrywkę” na łamach dziennika „Rzeczpospolita”. Mamy cichą nadzieję, że oba te teksty zainteresują groundhoppingiem kolejne osoby w Polsce. I to zarówno tych futbolowych zapaleńców, którzy nie wiedzieli dotąd o istnieniu tego typu hobby (możliwe, że takie osoby – jak to ładnie napisał kolega Krzysztof z Nysy – „rozpoznają w sobie groundhoppera”), jak i tych, którzy bawią się w te klocki od dawna, ale nie wiedzieli, że to co robią tak się nazywa i ma określone reguły, a na Zachodzie nawet stowarzyszenia i organizacje…
Pędźcie więc do kiosków po „Magazyn Sportowy” niczym Ryan Giggs lewym skrzydłem po piłkę, albo usiądźcie wygodnie w fotelu, na kanapie lub krzesełku i kliknijcie tutaj, by bez wychodzenia z domu przeczytać wspomniany artykuł. A dla tych, którzy są tak leniwi, że ani biegać do kiosku, ani nawet klikać im się nie chce, pozwoliłem skopiować sobie poniżej cały tekst . :)
Miłej lekturki!
P.S. Relacja ze zlotu już się pisze! Możecie się jej spodziewać na dniach, choć kolejnym postem w kategorii „Groundhopping” będzie w poniedziałek jeszcze nieco inny wpis. Stali czytelnicy bloga na pewno wiedzą, co się święci…
.
Groundhopping, czyli skakanie po boiskach
Nowa moda kibiców: Zaliczanie stadionów
Niemiec Ansgar Spiertz oglądał mecze piłkarskie na ponad 1900 stadionach w 86 krajach. Polak Radosław Rzeźnikiewicz, który poleciał do Górskiego Karabachu w poszukiwaniu rozgrywek ligowych, nie ma takiej imponującej kolekcji. W Polsce groundhopping, czyli turystyka stadionowa, dopiero jednak się rozwija.
W Niemczech czy Anglii, gdzie groundhopping jest najbardziej popularny, działa kilka organizacji zrzeszających kibiców podróżujących po stadionach całego świata. W większości przypadków przestrzegają oni pewnych sztywnych zasad. Spotkanie uważa się za zaliczone, gdy toczy się o stawkę (nie bierze się pod uwagę sparingów) i kiedy jest się na nim od początku do końca. Nie można w tym czasie nawet… wyjść do toalety. Z kolei dowodem na to, że było się na danym meczu, jest bilet.
Warszawiak zadziwił krakusów
W Polsce najbardziej znanym turystą stadionowym jest pochodzący z Warszawy Radosław Rzeźnikiewicz, który był na 500 stadionach w 17 krajach.
- Jest nas w tej chwili piętnastu i działamy nieformalnie, bez żadnych regulaminów. Dla mnie groundhopping to przede wszystkim dobra zabawa, a nie rywalizacja. Mamy taką niepisaną zasadę, że zaliczony mecz ma być spotkaniem o punkty (bierze się pod uwagę również puchary), a wystarczy zobaczyć jego pierwszą połowę. Biletów nie zbieram. Kiedyś zostawiałem sobie wejściówki z koncertów i potem nie wiedziałem, co z tym zrobić – tłumaczy Rzeźnikiewicz. Futbolem interesował się od zawsze, w turystykę stadionową wciągnął się przypadkowo, jakiś 2,5 roku temu.
- Zacząłem się odchudzać i dużo jeździłem na rowerze. Tak trafiłem na stadion Jedności Żabieniec, a potem Laury Chylice (obydwie drużyny grają w warszawskiej A-klasie). W Krakowie w dwa dni zwiedziłem na rowerze 38 stadionów, a moi koledzy, krakusy z urodzenia, myśleli, że mają tylko 5 piłkarskich obiektów – śmieje się Rzeźnikiewicz, który na co dzień jest wydawcą programów telewizyjnych.
Groundhopping wciągnął również innego fana futbolu Andrzeja Kisiela, pracującego w biurze Stowarzyszenia Polskich Wynalazców.
- To pasja, która łączy w sobie turystykę, miłość do piłki i możliwość spędzenia czasu z fajnymi ludźmi – tłumaczy Kisiel, który w czerwcu podczas wycieczki objazdowej po Litwie i Łotwie zwiedził ponad 60 boisk. – Byłem już na stadionach w kilkunastu krajach, ale na razie najbarwniejsze obrazki widziałem na polskich boiskach. Pamiętam, jak pierwszy raz przyjechałem na Sarmację Będzin, a po murawie i trybunach hasały zające – wspomina.
Pranie na trybunie
Na Rzeźnikiewiczu największe wrażenie zrobiła trybuna na stadionie piątoligowej drużyny Česky Lev-Union w miejscowości Beroun leżącej koło Pragi.
- Podczas meczu spokojnie wisiało sobie tam pranie, obok stały fotele. Okazało się, że ta trybuna jest po prostu… balkonem stojącego przy boisku prywatnego domu. Kibiców wpuszcza się na balkon tylko wtedy, gdy skończą się bilety na inne miejsca. Jakoś dogadaliśmy się z właścicielem i pozwolił nam wejść na chwilkę na tę nietypową trybunę – opowiada Rzeźnikiewicz, który często jeździ z kolegami na mecze do Niemiec. Najbardziej spodobała im się atmosfera na spotkaniach trzecioligowego klubu Babelsberg Poczdam, który ma kameralny stadion z żywiołowo reagującą widownią, a w przerwie spotkań puszczana jest muzyka rockowa.
- W Niemczech atmosfera na meczach jest bardzo fajna, ale rzadko można zobaczyć coś dziwnego. Dla mnie akurat czymś oryginalnym były kanapki ze śledziem w occie, serwowane na stadionie Hansy Rostock – opowiada Rzeźnikiewicz, który zawędrował już nawet do Armenii i Górskiego Karabachu (ormiańska enklawa w Azerbejdżanie). W tym pierwszym kraju był na meczu Kilikia FC. Rozgrywano go na pięćdziesięciotysięcznym stadionie w Erewanie, w obecności zaledwie 150 osób.
- Do Górskiego Karabachu poleciałem, bo znajomi mówili, że podobno są tam profesjonalne rozgrywki piłkarskie. To nieprawda, grają jedynie amatorzy – twierdzi Rzeźnikiewicz, który w przyszłym roku chce do swojej kolekcji dorzucić kilka stadionów w Argentynie.
Zoo w Pruszkowie
W Polsce największą atrakcją dla zagranicznych groundhopperów jest… klatka dla kibiców przyjezdnych w Pruszkowie.
- Bardzo wielu obcokrajowców pyta mnie o tę klatkę, która wygląda jak wyciągnięta z zoo. Nie wierzą, że rzeczywiście coś takiego istnieje, a jak już przyjadą do Pruszkowa, są w szoku – przyznaje Rzeźnikiewicz.
- Warto też wybrać się na Dolny Śląsk na A-klasowy obiekt Skałki Stolec, gdzie za siedzenia służą wkopane opony samochodowe – poleca chorzowianin Marcin Zarychta, który ma już na koncie zaliczonych 150 stadionów, a najdalej był w stolicy Malty La Valletcie.
Dla groundhopperów A-klasowe rozgrywki są zdecydowanie ciekawsze od… Ligi Mistrzów.
- Liga Mistrzów to komercja. W listopadzie ubiegłego roku poleciałem do Anglii. Miałem wtedy do wyboru mecz Ligi Mistrzów Arsenal – Standard Liege lub AFC Wimbledon z Ebbsfleet United w piątej lidze. Wybrałem ten drugi, bo w niższych ligach wszystko jest bardziej naturalne i szczere. Wimbledon jest zresztą prowadzony i finansowany przez kibiców. Mimo że spotkanie było rozgrywane we wtorek, na stadion przyszło blisko 3 tysiące widzów. A bilety były bardzo drogie jak na piątą ligę. Zapłaciłem aż 18 funtów – wspomina Zarychta.
Ta pasja sporo kosztuje. Groundhopperzy, który jeżdżą co weekend na mecze, przeznaczają na to dużą część swoich zarobków. Jeden wyjazd, przykładowo na spotkania w lidze węgierskiej lub włoskiej, to wydatek około 1500 złotych. Turyści stadionowi nawzajem się jednak wspierają i często pomagają załatwić tani nocleg.
.
Groundhopping (z angielskiego: skakanie po boiskach) to w największym skrócie turystyka stadionowa. Narodził się w ojczyźnie futbolu, a tej nazwy zaczęto używać w latach 80. dwudziestego wieku. Groundhopperzy jeżdżą z meczu na mecz, zaliczając kolejno poszczególne stadiony i tworząc w ten sposób swoją kolekcję. Poziom rozgrywek nie ma tu większego znaczenia, cenniejsze jest nawet zobaczenie boiska zespołu z IV ligi rumuńskiej niż jakiegoś obiektu Bundesligi). Z kolei groundspotterzy to kibice, którzy odwiedzają stadion, kiedy nie jest na nim rozgrywane spotkanie. Pojawiają się już również próby ustanawiania swoistych rekordów. I tak Ken Ferris w sezonie 1994/95 odwiedził wszystkie 92 stadiony profesjonalnych klubów w Anglii w ciągu 273 dni.
za stroną internetową www.myfootballway.com/groundhopping
.
Leszek Błażyński, Magayzn Sportowy





2 komentarze
krzychu81
paź 24, 2010
@Marcin
O ja dupa. Nie wiem dlaczego ubzdurałem sobie, że na Ruchu…
Dzięki za czujność. Już poprawione! :)
Marcin
paź 23, 2010
OJ KRZYCHU NA STADIONIE ROZWOJU KATOWICE BYŁ WYWIAD