Nadrabiania zaległości z cyklu „Krzychu on tour” ciąg dalszy. Dziś relacja z trzydniowej marcowej wyprawy do Wiednia, Budapesztu i Bratysławy, czyli do stolic trzech sąsiadujących ze sobą państw. Cztery mecze, kilkanaście stadionów, kilkanaście piw, kilkaset kilometrów, czyli niezwyciężone „All-Stars trio” Rzeźnik – Endi – Krzychu znowu w akcji! :)
Plan i zamysł całego wyjazdu był jasny: w przeciągu zaledwie 48 godzin zobaczyć trzy mecze w trzech różnych europejskich stolicach. Z racji położenia geograficznego, zdecydowanie najlepiej nadają się ku temu największe metropolie Słowacji, Austrii i Węgier.
I tak oto w piątek 19. marca podróżowałem pociągiem aż 350 kilometrów, tylko i wyłącznie po to, by zobaczyć trzecioligowy (trze-cio-li-go-wy!) mecz! I to nie jakiś hit, nie szlagier pomiędzy czołowymi drużynami rozgrywek, ale zwykłe, „podrzędne” spotkanie. Tylko jednak pod względem piłkarskim podrzędne, bo już pod każdym innym (kibice, atmosfera, stadion, klimat…) wizyta we Wiedniu była jedną z tych, które będę bardzo długo pamiętał.
Jak wspomniałem, ja do austriackiej stolicy przyjechałem z Pragi pociągiem. Koledzy Endi & Rzeźnik (jest autorem wszystkich poniższych zdjęć, za co zresztą już wielokrotnie na łamach Kartoflisk przepraszał) podróżowali z Wawy autem, co pozwoliło złożyć im po drodze kurtuazyjne wizyty na kilku stadionach mniejszych klubów w Polsce i Czechach. Spotkaliśmy się w okolicy dworca kolejowego Wien Meidling. Pierwszym punktem wycieczki był (pusty) stadion i (pełny) fanshop Rapidu Wiedeń. Wieczorem przyszedł czas na mecz, podczas którego spotkaliśmy się ze znajomymi austriackimi groundhopperami – dżentelmenami Steblem i Bruckim…
.
Piątek, 19.03.2010, Wiener Sportclub-Platz
Austriacka Regionalliga Ost (III. liga): Wiener SK – FAC Team für Wien

Jeśli ktoś lubi klimaty związane z praską Bohemką, szanuje kultowy 1. FC St. Pauli, podobało mu się na stadionach berlińskiego TeBe i podberlińskiego Babelsbergu, będzie się dobrze czuć także na Wiener Sportklub-Platz wśród kibiców miejscowego Wiener SK!
Ci mieli akurat jakiś protest (klub nie jest w najlepszej sytuacji finansowej) i chóralnych śpiewów nie usłyszeliśmy. Były tylko sporadyczne okrzyki, gra na trąbce (trębacz, sądząc po repertuarze, służył w wojsku podczas wojny secesyjnej w Stanach Zjednoczonych) oraz zupełna dla nas nowość – puszczanie… baniek mydlanych i dzwonienie kluczami podczas rzutów rożnych wykonywanych przez gospodarzy. Prócz efektu dźwiękowego, czynność ta ma ponoć jeszcze drugi – „duchowy” wymiar (albo mnie wkręcano ;p). Otóż w ten sposób podobno „wszystko, co złe ucieka z duszy dzwoniącego”. Kluczami odpędza się „złe duchy”… ;)
Stadion Wiener SK, wybudowany w 1904 roku we wiedeńskiej dzielnicy Dornbach, jest najstarszym czynnym obiektem piłkarskim w Austrii, na którym do dziś rozgrywane są piłkarskie spotkania! Mnie już od pierwszych chwil przypominał nieco praski Vršovický Ďolíček – stadion Bohemians 1905, głównie za sprawą jednej z trybun za bramką, nazywanej z racji położenia blisko cmentarza „Friedhofstribüne” (patrz fotka u góry), na której zbierają sie najwierniejsi sympatycy WSK oraz za sprawą bliskiego sąsiedztwa stadionu z budynkami mieszkalnymi.
Po meczu zostajemy zaproszeni na afterparty, które zorganizowane zostało w klubie znajdującym się pod wspomnianą trybuną (na ścianach zlokalizowałem kilka wlepek Bohemki). Gotówka wydana tego wieczora na „napoje rozmowne” szła na konto klubu, więc zrozumiałym było, że na spożywaniu trunków nie można było oszczędzać… :) A o tym, jak każde euro jest klubowi potrzebne, niech świadczy fakt, że tuż po ostatnim gwizdku sędziego wyłączony został jeden z dwóch tylko oświetlających stadion jupiterów…
Z ciekawostek kulinarnych warto wspomnieć o gotowanej, nie grillowanej kiełbasie, podawanej z bułkami oraz o dobrym piwku marki Ottarkringer.
I jeszcze kilka słów o kibicach gości. Tych jest niewielu, nie dziwi więc fakt, że na spotkanie derbowe – jakby nie patrzeć – przybyło tylko ok. 30 osób. Jak się dowiedzieliśmy, młyn FAC tworzyli po części cierpiący widocznie na nudne życie fani innych stołecznych klubów – Rapidu i Austrii Wiedeń. Zdaniem kibiców WSK, bawi ich przede wszystkim szeroko rozumiana prowokacja.
A sam mecz? Dla nas, w związku ze wspomnianymi wyżej atrakcjami (z racji cenzury fotek z imprezy nie prezentuję), przerodził się tylko w wydarzenie drugoplanowe, ale pamiętam dobrze, że goście od początku do końca mieli przewagę i ich wygrana 3:0 była jak najbardziej zasłużona. Impreza pomeczowa wyglądała jednak tak, jakby to czarno-biali wygrali ten mecz…

Z lewej piękny widok na świątynię Wiener SK z kultowej północnej "Friedhofstribüne". Z prawej palący tanie papierosy bez filtra kibice FAC (fot. Rzeźnik)
Więcej fotek TUTAJ.
Wiener Sportklub – FAC Team für Wien 0:3 (0:1)
19. Huber, 57. Pollack, 87. Bauer
WSK: Harrauer – Baumgartner, Hevera (35. F. Grozurek), Szabo, Csandl, Schmiedtberger (28. Sulimani), Homm, Günes, L. Grozurek, Slavov, Komarac (70. Berković). Trener: Kleer.
FAC: Jausner – Marković, Plott, Kurka, Vockathaler (87. Viertl), Bauer, Leuchtmann, Huber, Pollack (70. Frank), Akaslan, Marschler (65. Fischer). Trener: Ogris.
Żółte kartki: Csandl – Marković, Vockathaler
Drukował: Vodik
Widzów: 1.510
.
Sobota, 20.03.2010, Budafoki MTE Sportegyesület
Węgierska NB III Duna (III. liga): Budafoki Lombard FC – Zsámbéki SK

W sobotę rano, na lekkim kacu, odwiedzamy jeszcze stadion i fanshop Austrii Wiedeń, po czym opuszczamy stolicę Austrii, kierując się na południowy wschód. Po drodze do Budapesztu zatrzymujemy się na chwilę w Györ, by zwiedzić obiekt miejscowego ETO (spotykamy węgierskiego ochroniarza, który z racji pracy z Polakami w Londynie, do perfekcji opanował pewien zwrot w naszym języku, którego jednak przez grzeczność powtarzać tu nie będę ;p).
Miały być trzy państwa, stolice i mecze, ale gdy w sobotę w drodze do Budapesztu okazało się, że możemy zobaczyć dodatkowy – czwarty pojedynek, oczywiście nie mogliśmy z takiego daru losu nie skorzystać! :)
Stadionu o jakże dźwięcznej nazwie „Budafoki MTE Sportegyesület” szukaliśmy dość długo, bo o jego istnieniu, a tym bardziej położeniu nie wiedzieli nawet mieszkańcy położonej na wzgórzu, po części willowej dzielnicy Budafok (inna sprawa, że napotkani przez nas tubylcy mówili tylko po węgiersku a jedyne znane nam w tym narzeczu słowa to Puskas, Ferencvaros, gulasz i Balaton), ale opłacało się. Samo spotkanie nie stało wprawdzie na wysokim poziomie (rozgrywane było nie na głównej płycie, ale na bocznym boisku ze sztuczną murawą), ale za to pomeczowa wizyta w klubowej knajpie, dzięki której dowiedzieliśmy się m.in., że w latach 60-tych i 70-tych wszyscy piłkarze Budafoków mieli piękne wąsiska a la Józek Piłsudski, wszystko nam wynagrodziła. Gorąco polecam i zaręczam, że takiego klimatu jak w tamtym lokalu nigdzie nie znajdziecie! Serwuje się tam smacznego browara marki Dreher.
Jak napisał kolega Rzeźnik, istnieje spore prawdopodobieństwo, że jesteśmy jedynymi groundhopperami, którzy kiedykolwiek dotarli na mecz Budafoki Lombard… :) Hajrá Budafok!!!

Sobotnie popołudnie w słynącej z festiwali wina budapesztańskiej dzielnicy Budafok. Spragnieni goli kibice musieli obejść się smakiem. Gospodarze po słabym meczu zremisowali 0:0 (fot. Rzeźnik)
Więcej fotek TUTAJ.
.
Sobota, 20.03.2010, József Bozsik Stadion
Węgierska ekstraklasa: FC Kispest-Honvéd Budapest – FC Videoton Fehérvár

Budapesztańskie danie główne czekało na nas dopiero późnym popołudniem! I nie chodziło o zupę gulaszową.
Jedziemy do robotniczej dzielnicy Kispest, w której swą siedzibę ma jeden z najbardziej znanych i utytułowanych węgierskich klubów – 101-letni Kispest-Honvéd Budapeszt. To w jego barwach grali w przeszłości słynni członkowie węgierskiej „złotej jedenastki” – Ferenc Puskas, Sándor Kocsis, Zoltán Czibor, László Budai, Gyula Grosics czy wreszcie József Bozsik, którego imieniem nazwano tutejszy stadion. Bozsik ma też swój pomnik na terenie obiektu (stadion przypominał mi nieco skrzyżowanie obiektów chorzowskiego Ruchu i warszawskiej Legii) a poszczególne sektory trybuny głównej nazwane zostały imionami jego kolegów z drużyny. Mur ogradzający cały kompleks ozdobiony jest natomiast efektownym graffiti w barwach klubu.
Honvéd podejmował tego dnia lidera z Féherváru – jednego z dwóch głównych pretendentów do tytułu. Do kas ustawiły się więc długie kolejki, przez co ledwo zdążyliśmy na pierwszy gwizdek sędziego. Wśród widzów sporo było osób angielskojęzycznych. Część z nich to cudzoziemcy mieszkający i pracujący w Budapeszcie, część to z kolei groundhopperzy z różnych stron Europy.
Kibice gospodarzy (wielu z nich bez koszulek, by eksponować sporej wielkości tatuaże z faszystowskimi motywami – od symboli SS po swastyki) nas zawiedli. Mimo, że pojawili się w młynie w całkiem sporej liczbie, ich doping był znacznie słabszy niż ten zaprezentowany przez przyjezdnych (również silna grupa, jak na węgierskie warunki). Kilka tygodni później będziemy na meczu wyjazdowym Honvédu (derby z Vasasem) i tam czerwono-czarni pokażą się już ze znacznie lepszej strony.
Ochroniarze w sektorze V.I.P. na trybunie głównej mogli pochwalić się gabarytami, o których nie jeden kulturysta mógłby tylko pomarzyć oraz garniturami, na które raczej nie stać przeciętnego Madziara…
Na stadionie mają piwo Borsodi i całkiem dobre, ale małe hot-dogi. Słaby jest program meczowy, który – choć drukowany na niezłej jakości papierze kredowym – nie zawiera podstawowych informacji, ułatwiających widzom śledzenie meczu (jak np. tabela ligowa).
Mecz był niespodziewanie wyrównany. Zarówno gospodarze, prowadzeni przez znanego mi z Czech trenera Massimo Moralesa, jak i faworyzowani goście mieli kilka dogodnych okazji do zdobycia bramek, ale ani jednym, ani drugim nie udało się trafić do siatki.
Po meczu, jeszcze przed zmrokiem odwiedzamy stadion Ferencvarosu Budapeszt i obiekt niewielkiego FC Goldball ’94. A po zmroku z kolei wizytujemy fajną knajpę Szimpla w centrum miasta.

"Woke up this morning and found myself in bed. My knowledge of the blues is somewhat nil. I dreamt about a love-affair. In far-off Budapest. The sort of thing that shudders every pill. I was a teenage armchair Honved fan!" (fot. Rzeźnik)
Więcej fotek TUTAJ.
FC Kispest-Honvéd Budapest – FC Videoton Fehérvár 0:0
Honvéd: Németh – Takács, Vukmir, Botis, Iancsuk – Coira, Macko (67. Horváth), Moreira, Diego – Abass (74. Nagy), Abraham. Trener: Morales.
Fehérvár: Sebők – Andics, Lipták, Horváth, Elek – Polonkai (81. Lencse), Farkas I., Sándor – Farkas II. (68. Poczók), Nikolics (46. Sitku), Alves. Trener: Mezey.
Żółte kartki: Abraham – Elek, Lipták
Drukował: Zsolt
Widzów: 3.000
.
Niedziela, 21.03.2010, Stadion Pasienky
Słowacka ekstraklasa: ŠK Slovan Bratislava – FK Senica

Dzień trzeci. Czerwonym wehikułem czasu (Endi Peugeot Racing Team) wracamy na północ. Celem jest Bratysława. Odwiedzamy obiekt to co pozostało z obiektu Artmedii Petržalka i jedziemy do centrum miasta.
Tam położone są stadiony Tehelné Pole (od zawsze Slovan i reprezentacja) i Pasienky (kiedyś Inter). Oba obiekty znajdują sie blisko siebie, na terenach, którymi zainteresowane są liczne firmy deweloperskie… Najpierw Tehelné Pole miało być przebudowane a Pasienki zburzone. Potem pojawiły się plotki, że stanie się odwrotnie. A jak jest teraz, sam już nie wiem.
Parkujemy obok tego pierwszego stadionu, który chłopaki zwiedzają, po czym udajemy się do pobliskiej, znanej mi z wyprawy na mecz Słowacja – Polska, knajpki, by miejscowymi specjałami posilić się przed zbliżającym się spotkaniem. A w nim stołeczny Slovan, rozgrywający swe mecze w roli gospodarza przemiennie na obu wspomnianych obiektach (WTF?) podejmował FK Senicę.
Mecz był średnio ciekawy, ale przynajmniej – po dwóch bezbramkowych remisach w Budapeszcie – wreszcie zobaczyliśmy jakieś bramki. Do ciekawej sytuacji doszło w 62. minucie meczu, kiedy to mającym prawicowe poglądy kibicom gospodarzy (w młynie również kilka osób z Brna – zgody Slovanu) przyszło się cieszyć z gola zdobytego przez czarnoskórego zawodnika…
W przerwie urządzamy sobie spacerek dookoła obiektu, zapoznając się przy okazji z asortymentem sklepiku z pamiątkami. Cały czas pada lekki deszcz.
Po pojedynku nasze drogi się rozchodzą. Warszawioki powracają autem nad Wisłę, ja wracam autobusem do Pragi. Za nami kolejna udana wyprawa!

Zainteresowanie meczem w Bratysławie, jak widać na obu zdjęciach, raczej znikome... Na trybunach stadionu Pasienky zasiadło niewiele ponad dwa tysiące sympatyków futbolu (fot. Rzeźnik)
Więcej fotek TUTAJ.
ŠK Slovan Bratislava-FK Senica 2:0 (0:0)
57. Breznaník, 62. Guédé
Slovan: Putnocký – Dobrotka, Saláta, Dosoudil, Had – Guédé – Štepanovský (53. Ivana), Grendel, Breznaník (77. Božič) – Masaryk, Sylvestr (89. Kuzma). Trener: Tittel.
Senica: Kamesch – Merzić, Homola, Gajdošík, Čáp – Bajan (55. Piroska), Vlasko, Halama, Samb (66. Kante) – Hesek (79. Števko), Sodje. Trener: Nečas.
Żółte kartki: -
Drukował: Hracho
Widzów: 2.045
.
P.S. Testowałem ostatnio możliwości map Google i przy okazji tej zabawy stworzyłem swoją własną mapę, zatytułowaną „Krzychu on tour”. Zaznaczyłem na niej wszystkie stadiony, które odwiedziłem podczas meczów (groundhopping), pomijając te, na których byłem w momencie, kiedy nie rozgrywano żadnego spotkania (spotting). Zachęcam do zapoznania się z efektami mej pracy. Wystarczy kliknąć. :)




