Czechosłowacja (AFP)Mistrzostwa Świata w 1930 roku okazały się dla FIFA strzałem w dziesiątkę. Sukces sportowy i ekonomiczny urugwajskiego Mundialu oraz rosnąca popularność piłki nożnej skłoniły światową federację do przeprowadzenia kolejnego turnieju. Jego organizację powierzono Włochom. Na boiskach Półwyspu Apenińskiego wystąpiła też reprezentacja Czechosłowacji, debiutując zarazem w imprezie tej rangi…

Reprezentacja  naszych południowych sąsiadów przyjechała na Mundial jako autsajder a mimo to o mały włos nie została mistrzem świata. Do szczęścia (i wielkiej sensacji) zabrakło niewiele. Zaledwie dziewięciu minut!

Finały II. piłkarskich Mistrzostw Świata były okazją do zaprezentowania siły i pozycji Benito Mussoliniego, który mocną ręką rządził wówczas Italią. Turniej był dla niego propagandowym narzędziem i miał pokazać, jak wielką – nie tylko futbolową – potęgą są faszystowskie Włochy. Duce nakazał wybudowanie czterech nowych stadionów: w Turynie, Florencji, Neapolu i Trieście. Dwa dalsze, w Rzymie i Mediolanie, zostały z kolei całkowicie zmodernizowane. Choć wspomniane obiekty, plus stadiony w Bolonii i Genui, na których także odbywały się mecze MŚ 1934 (dla porównania, pojedynki premierowego turnieju odbywały się tylko i wyłącznie na trzech stadionach usytuowanych w jednym mieście), wybudowano z myślą o dziesiątkach tysięcy widzów, frekwencja była jednak słaba. Nawet podczas spotkań z udziałem Włochów, trybuny wypełniały się w 40-50 procentach. Pojedynki bez udziału gospodarzy śledziło zazwyczaj o połowę mniej kibiców.

Włoski dyktator polecił również z okazji turnieju wykonanie specjalnego trofeum – Coppa del Duce, pucharu, który miał być jedną z nagród dla triumfatora. Przed rozpoczęciem zmagań, by osłabić najgroźniejszych rywali nie tylko zakazał wielu piłkarzom z Ameryki Południowej mieszkającym we Włoszech wzięcia udziału w MŚ w barwach swoich narodowych ekip, ale także niektórym z nich nadał w trybie przyspieszonym włoskie obywatelstwo, by mogli wystąpić w ekipie Squadra Azzurra. Taki los spotkał m.in. naturalizowanych Argentyńczyków, tzw. „Oriundi”  Luisito Montiego, Raimondo Orsiego (obaj byli wicemistrzami świata sprzed czterech lat), Atilio DeMarię czy Enrico Guaitę… Cel uświęcał bowiem środki. A celem Mussoliniego było zdobycie przez faszystowskie Włochy miana najlepszej reprezentacji globu. By ów cel osiągnąć dyktator był skłonny posunąć się bardzo daleko…

Qualificazione o preludio

WLOCHY_991228 (fifa.com)Sukces i rozgłos pierwszego w historii Mundialu w Urugwaju sprawił, iż tym razem chęć wzięcia udziału w imprezie wyraziły aż 32 drużyny narodowe. Urugwaj, jako jedyny jak się potem okazało mistrz w historii, nie zdecydował się na obronę tytułu. Oficjalnie federacja tego kraju odmówiła udziału we włoskim Mundialu w geście protestu, po tym, jak cztery lata wcześniej sporo ekip europejskich (w tym właśnie włoska) „zbojkotowało” turniej organizowanym w tym południowoamerykańskim państwie z powodu konieczności trzytygodniowej podróży statkiem (Czechosłowaków odstraszyła wówczas nie długość rejsu, ale jego wysoki koszt).

Za kulisami mówiło się jednak, że Urugwajczycy po pierwsze nie mają pieniędzy, a po drugie boją się blamażu. Ich kadra przechodziła bowiem wymianę pokoleniową i nowi – młodzi i mało doświadczeni zawodnicy, nie byli jeszcze w stanie nawiązać walki z najlepszymi. Na europejski „bojkot” urugwajskiej imprezy sprzed czterech lat oraz na ciemne praktyki Duce, zareagowały także Argentyna i Brazylia. Obie piłkarskie potęgi przysłały do Europy tylko rezerwowe (Argentyna nawet amatorski) składy. W eliminacjach nie wystartował także żaden z zespołów z Wysp Brytyjskich (Anglicy w dalszym ciągu pozostawali skłóceni z FIFA).

Tak czy inaczej, światowa centrala piłkarska musiała zrezygnować z wysyłania zaproszeń do poszczególnych federacji i zorganizowała eliminacje do włoskich finałów, by o połowę zredukować listę uczestników. Przystąpiło do nich ostatecznie 29 ekip (już po losowaniu wycofały się Turcja, Peru i Chile) a z meczów kwalifikacyjnych nie została zwolniona nawet drużyna gospodarzy. Po raz pierwszy w historii wzięły w nich udział również Czechosłowacja i Polska. Los sprawił, że oba zespoły znalazły się w tej samej, 5. grupie eliminacyjnej. Jako jedyne zresztą.

La Polonia

Za naszą południową granicą do tego dwumeczu podchodzi się bardzo poważnie. Powołana zostaje komisja techniczna, która ma przygotować i poprowadzić reprezentację w zbliżających się eliminacjach. Na jej czele staje prezes związku piłkarskiego – dr. Rudolf Pelikán. Związku, który kontraktuje reprezentacji jednego silnego sparingpartnera za drugim. W generalnym sprawdzianie przed meczem z biało-czerwonymi, Czechosłowacja remisuje w Pradze 3:3 z silną Austrią. Nic dziwnego więc, że rywal Polaków, 15 października 1933 roku przyjeżdża do Warszawy w roli faworyta. Zespół wychodzi na murawę Stadionu Wojska Polskiego w składzie Plánička – Burger, Čtyroký – Bouška, Čambal, Krčil – Pelcner, Silný, Nejedlý, Puč, Rulc i wygrywa z gospodarzami 2:1, dzięki bramkom Josefa Silnégo i Františka Pelcnera (honorowa bramka dla biało-czerwonych, to trafienie z rzutu karnego autorstwa Henryka Martyny).

Rewanż ma się odbyć w Pradze dopiero za… pół roku. Już jednak po  zwycięstwie w Warszawie nikt nad Wełtawą nie wątpi, że Czechosłowacy zagrają na Mundialu. Panują jednak obawy, że na włoskim turnieju zespół nie ma czego szukać. Poniekąd wskutek tych obaw związek  piłkarski tworzy nową pozycję. To referent techniczny (zwany także kapitanem związkowym), który od tej pory będzie odpowiedzialny za selekcję, ustalanie składu i taktykę, a co za tym idzie, także i za wyniki reprezentacji. Do sprawowania tej odpowiedzialnej funkcji wybrany zostaje redaktor ČTK (Česká tisková kancelář - odpowiednik PAPu), sprawujący też funkcję sekretarza generalnego związku – Karel Petrů. Praktycznie rzecz biorąc dziennikarz, który od teraz miał czechosłowackim piłkarzom zastąpić trenera, lekarza, i kierownika drużyny…

Wybrana zostaje 72-osobowa szeroka kadra. To właśnie z niej ma później zostać wyłoniona reprezentacja na finały. Wykorzystując swoje znajomości i koneksje Petrů organizuje swojemu zespołowi szereg spotkań towarzyskich. Jego piłkarze nie występują w nich jednak oficjalnie jako reprezentacja Czechosłowacji, ale pod szyldami reprezentacji miasta Pragi, reprezentacji związku czy nawet zespołów amatorskich. Jedynym oficjalnym pojedynkiem jest w tamtym okresie paryska potyczka z Francją, wygrana zresztą przez piłkarzy Petrů 2:1.

Wszystko podporządkowane jest zbliżającemu się wielkimi krokami rewanżowi z Polakami. Nikt nie chce niczego zaniedbać.  Na pięć dni przed meczem, rano 10. kwietnia 1934 roku, okazuje się że na stadionie Sparty Praha, na którym ma zostać rozegrany pojedynek z sąsiadami spłonęła cała główna trybuna a wraz z drewnianą konstrukcją wszystkie trofea oraz dokumenty i archiwa. Mecz będzie musiał zostać przeniesiony na stadion Slavii (by w przyrodzie zachowana została równowaga później wybuchnie tam podobny pożar), ale okazuje się, że polskie „Orły”.. i tak nie przyjadą! Zadecydowała o tym polityka – cztery dni przed meczem w Pradze polski rząd cofnął kadrze pozwolenie na wyjazd a Ministerstwo Spraw Zagranicznych zabroniło piłkarzom korzystania z wydanych już paszportów. Dlaczego? Nie było to do końca klarowne, ale za główną przyczynę podawano najczęściej napięte stosunki między obydwoma krajami, związane głównie z konfliktem o Zaolzie. Czechosłowacy wygrywają 3:0 walkowerem (pierwszy w historii MŚ!) i ich awans na Mundial staje się faktem. W ostatniej chwili udaje się im też zorganizować w miejsce pojedynku z Polską mecz towarzyski, w którym pokonują wiedeński Wiener Sportclub 9:2. Polski Związek Piłki Nożnej dostaje natomiast od FIFA karę finansową. Oburzonym acz zadowolonym rywalom musi zapłacić odszkodowanie.

Tydzień później Pláničce i spółce podobnych kłopotów nie robią Węgrzy. Sparing kończy się remisem 2:2. Atmosfera w zespole nie jest jednak najlepsza. Piłkarze nie są przekonani co do swoich umiejętności, brakuje im pewności siebie. W powodzenie włoskiej misji przestają też nagle wierzyć związkowi włodarze oraz media i kibice. Pojawiają się nawet głosy, aby nie jechać na Mundial i w ten sposób uniknąć wstydu…

Ultimo partita

I kto wie, czy tak by się w końcu nie stało, gdyby nie ostatni sprawdzian przed finałami MŚ, tj. towarzyska potyczka z Anglikami w Pradze. 16 maja 1934 na stadionie Sparty (już z nową – „zastępczą” trybuną główną dla najważniejszych gości) gromadzi się 30 tysięcy widzów. Większość z nich, także w związku z atmosferą, jaka panuje wokół czechosłowackiej kadry, przyszła nie po to, by kibicować swym rodakom w ostatnim meczu przed wyjazdem do Włoch, a po to, by podziwiać słynnych Synów Albionu.

oldrich-nejedly-1934 (sparta.cz)

Super-snajper Oldřich Nejedlý (fot. sparta.cz)

Pierwsze co jednak ujrzeli to nowe koszulki gospodarzy, zaprojektowane przez Karla Petrů. Piękne czerwone trykoty z lwem na piersi zastąpiły używane dotychczas koszulki w podłużne biało-czerwone pasy (coś w deseń Cracovii Kraków lub – by zostać na czechosłowackim podwórku – Viktorii Žižkov). Szybko okazało się, iż noszący je gracze potrafią grać w piłkę lepiej niż wielu mogłoby się to wydawać… Anglicy szturmują wprawdzie strzeżoną przez Františka Pláničkę bramkę od samego początku meczu i wychodzą nawet na prowadzenie (ich gol widownia nagradza gromkimi brawami), ale po pół godzinie spotkanie się wyrównuje i tuż przed przerwą po podaniu Jiřího Sobotki Oldřich Nejedlý doprowadza do remisu.

Okazuje się, że nie taki diabeł straszny, jak go malują i po zmianie stron w końcu pewni siebie i już nie tak stremowani gospodarze nie tylko prezentują atrakcyjny dla oka futbol, ale zdobywają też zwycięską bramkę. Długie podanie bramkarza Plánički do ustawionego na skrzydle Antonín Puča. Ten zrobił z piłką kilkadziesiąt metrów a w momencie, gdy przeciwnicy byli pewni, że będzie dośrodkowywał, posłał mocny strzał w kierunku ich bramki. To uderzenie zdołał jeszcze wybić golkiper gości, ale wobec równie silnej dobitki Puča z woleja był już bezradny.

Zwycięstwo zmieniło na lepsze atmosferę wokół kadry. Wielu Czechosłowaków nadal jednak bardzo sceptycznie oceniało szanse na mundialowy sukces swojego národního mužstva.  Co gorsza, później okazało się, iż szybki powrót do kraju przewidywali wtedy nawet niektórzy zawodnicy, wybierając się na Półwysep Apeniński tylko na jedną noc, wyposażeni jedynie w pidżamę i szczoteczkę do zębów…

>>> Ciąg dalszy nastąpi

.

/źródła: fifa.com, sport.onet.pl, sport.cz, sport.pl, dziennik.pl, mundial.wp.pl, interia.pl, fotbal.cz, fotbal-historie.7x.cz, wikipedia.org/