Uważani za mistrzów sztuki przetrwania Szoszoni, to plemię Indian Ameryki Północnej, którzy zamieszkiwali niegdyś ogromne obszary w dzisiejszych stanach Idaho, Wyoming, Utah, Nevada, Oregon i Montana. Teraz jednak najwięcej Szoszonów zamieszkuje nie w amerykańskich rezerwatach Lemhi, Fort Hall czy Wind River, a w… słowackiej Žilinie!
Šošoni to bowiem pseudonim kibiców MŠK Žilina, który – poprawcie mnie, jeśli się mylę – nadano zielono-żółtym fanom jeszcze w czasach poprzedniego reżimu (paradoksalnie, za naszą poludniową granicą na komunistów często mówi się… „Komancze”), podobno dlatego, że ci lubowali się w kradzieżach flag ekipom rywala, robiąc to w podobny sposób, w jaki Szoszoni kradli konie innym indiańskim plemionom, tj. cichaczem i potajemnie. :)
A tutaj coś a propos Szoszonów, koni i futbolu w Žilinie.
Na spotkanie na szczycie słowackiej Corgoň Ligi (jak wiecie, normalnie nie używam nazw sponsorów, ale ponieważ w tym wypadku chodzi o piwo, robię wyjątek) udałem się dzień po strzelaninie w Trnavie. Jechałem pociągiem. Podróż trwała trochę więcej niż dwie godzin, ale minęła szybko na popijaniu piwka i delektowaniu się widokami za oknem. W Trenčinie okazało się, że planowanie i logistyka zawiodła. Przejeżdżając przez miasto, zauważyłem, że na miejscowym stadionie juniorzy AS grają ze swoimi rówieśnikami ze Slovanu Bratislava. Szkoda, bo mógłbym przyjechać wcześniej i oglądnąć także i tamto spotkanie…
Žilina w niedzielne popołudnie była bardzo spokojnym i cichym miastem, które powitało mnie (niewielkim na szczęście) deszczem. Na ulicach pustki. Nowoczesny acz kameralny stadion klubu (ech, gdyby i moja Bohemka miała kiedyś taki obiekt…) znajduje się w bliskim sąsiedztwie dworca kolejowego i hali hokejowej („Wilki” z MsHK Žilina). Do meczu było jednak sporo czasu, więc po kupieniu biletu urządziłem sobie wycieczkę po mieście.
90 minut z Grzegorzem Więzikiem
W Trnavie spędziłem 90 minut z Grzegorzem Szamotulskim (on na boisku, ja na trybunach). W Žilinie z kolei – półtora godziny z innym Grzegorzem (tym razem już obaj w roli widzów). W kolejce po kiełbaskę zauważyłem bowiem znajomą twarz. Wysokiego, ubranego od stóp do głów na czarno dżentelmena kojarzyłem sprzed dwóch tygodni, z trybuny „Olimp” na bytomskim stadionie im. Edwarda Szymkowiaka. Podszedłem więc i zagadałem. Okazało się, że ten „znajomy-nieznajomy”, to Grzegorz Więzik, były gracz m.in. ŁKS-u Łódź i 1. FC Kaiserslautern, a obecnie skaut Śląska Wrocław. Pierwsze sekundy naszej rozmowy wyglądały mniej więcej następująco:
Pan Grzegorz: - Co tu robisz?
Ja: - Przyjechałem na mecz. Jeżdżę po okolicy i odwiedzam spotkania.
Pan Grzegorz: - Dla kogo pracujesz?
Ja: - Dla nikogo.
Pan Grzegorz: - Jak to?
Ja: - Dla nikogo. Robię to dla przyjemności.
Pan Grzegorz: - Czyli jeździsz tak sam dla siebie?!
Ja: - Tak.
Nie jestem pewien, czy mi uwierzył (ludzie zazwyczaj nie wierzą), ale mecz spędziłem w jego towarzystwie na trybunie głównej. Nie będę jednak zdradzać, jakiego zawodnika/ów tam obserwował, bo nie chciałbym Śląskowi popsuć transferowych planów i skomplikować ewentualnych negocjacji. ;) W każdym bądź razie stwierdziłem, że ja to na skauta bym się raczej nie nadawał, bo niekiedy bardziej niż boisko obserwuję to, co dzieje się na trybunach, podczas gdy Pana Grzegorza interesował tylko i wyłącznie plac gry. :)
A jeśli już o trybunach mowa, to na tej naszej – głównej, piękne słowackie blond-hostessy przez cały mecz roznosiły piwo. Na tej po mojej lewej ręce, w połowie zapełnionej, znaleźli się najzagorzalsi kibice Szoszonów. Doping był wprawdzie gorszy niż ten dzień wcześniej w Trnavie, ale i tak kibice gospodarzy nie powinni się wstydzić. Struny głosowe (kilka razy skandowanie „Góral Żywiec, Góral Żywiec!”) wspomagane były przez dwukolorowe flagi na kiju. Kilka razy udało się też włączyć do chóralnych śpiewów pikników na trybunie głównej.
Nowa trybuna i donoszona kiełbasa
Starali się i goście w sektorze na trybunie po mej prawej ręce, ale ci w związku z małą liczbą głów (naliczyłem bodaj 20-25) mieli utrudnione zadanie. Zaprezentowali jednak choreo złożone z flagi i baloników. Trybuna przeciwległa z kolei, zrekonstruowana i jeszcze na odległość pachnąca nowością, pozostała na ten mecz zamknięta.

W polu karnym gości odgrywały się iście dantejskie sceny! (fot. mskzilina.sk)
Pierwsza połowa pojedynku była słabsza od drugiej. Ogólnie jednak mecz rozgrywany był w dobrym, szybkim tempie. Żaden z zespołów nie kalkulował. Żaden nie grał na remis. Było widać, iż dla obu jedenastek liczyły się tylko trzy punkty! Siła ofensywy gospodarzy była jednak tego dnia znacznie większa niż w przypadku gości (wyszli na prowadzenie po wątpliwym rzucie karnym), i to właśnie ona zaważyła na końcowym wyniku.
I jeszcze dwie ciekawostki: 1) nie popisała się obsługa tablicy świetlnej, na której w pierwszej części zawodów zamiast loga Dukli był herb innego pierwszoligowca – FC Nitra; 2) miejscowa kiełbasa była całkiem smaczna, ale niestety zimna. Pewnie dlatego, że – i tu dla mnie nowość – była grillowana na parkingu przed budynkiem klubowym i w specjalnych naczyniach donoszona na górę do bufetu na głównej trybunie.
Dwa dni i dwa ciekawe, bogate w gole mecze – oto mój bilans marcowego wyjazdu na Słowację. Na stadiony tamtejszej ekstraklasy chciałbym powrócić w przyszłym sezonie.
oo
Štadión pod Dubňom, Žilina; niedziela 14.03.2010, godzina 14:30:
MŠK Žilina – Dukla Banská Bystrica 3:1 (1:1)
18. i 81. Oravec, 84. Majtán – 11. Poljovka (z rzutu karnego)
Žilina: Dúbravka – S. Angelovič, Piaček, Šourek, V. Leitner – Pečalka, D. Kobylík (58. Rilke), Jež, M. Vyskočil (36. Zlatkovič) – T. Oravec, I. Lietava (68. T. Majtán). Trener: Pavel Hapal.
Dukla: Boroš – Brašeň (82. Pich), Adámik, Poljovka (88. Ľ. Chmelík), Savič – Pleva – M. Pančík, Seye, T. Hučko – Uškovič (68. V. Gajdoš), Ďuriš. Trener: Jozef Jankech.
Żółte kartki: 54. Zlatkovič, 89. Pečalka – 44. Poljovka, 89. Pleva
Drukował: Pavlík
Widzów: 4296
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Mecz w Žilinie na fotkach

Aktorzy spektaklu już na boisku. Trybuna główna była tego dnia jedyną pękająca w szwach trybuną na stadionie (fot. krzychu81)

Nowa trybuna przeciwległa była jeszcze zamknięta dla widzów (fot. krzychu81)

Młyn gospodarzy. Jak na mecz na szczycie frekwencja raczej słabiutka (fot. krzychu81)

W sektorze przyjezdnych pustki. Sympatyków Dukli było ok. 20, w porywach do 25 (fot. krzychu81)

Koniec meczu. MŠK - Dukla 3:1. Na tablicy świetlnej w końcu pojawiło się poprawne logo gości (fot. krzychu81)





4 komentarze
My Football Way | Nadszedł dzień i nadeszła godzina, by jechać do Trenčína!
lis 11, 2010
[...] (tylko przez chwilę wprawdzie, ale jednak) w drodze z Trnavy do Žiliny, podczas mojej pierwszej drugiej wyprawy turystycznej na Słowację. Później planuję jeszcze zobaczyć spotkanie ekstraklasy MFK Dubnica – Tatran Prešov, a [...]
My Football Way | Ked’ futbal ide bokom
wrz 17, 2010
[...] rywal z najwyższej światowej półki. Problem jednak w tym, że stadion mistrza Słowacji – nowoczesny i ładny dla oka – może oficjalnie pomieścić tylko 11.200 [...]
Polones
maj 16, 2010
Ale pojutrze ma PUCHAR!
Polones
maj 16, 2010
Jablonec tylko drugi, było blisko…