deyna_insideJak już pewnie zauważyliście, zazwyczaj nie piszę tu o tym, o czym trąbią wszyscy dookoła. Nie było więc u mnie nawet wzmianki o transferze pewnego płaczka do Madrytu, nie było wpisu o porażce Lecha z Brugią, ani tekstu o kontuzji „Wasyla” (trzym się chłopie!). Dziś jednak złamię tę zasadę. Ale okazja ku temu jest szczególna…

Dokładnie 20 lat temu w wypadku samochodowym w San Diego w Kalifornii zginął Kazimierz Deyna. Najprawdopodobniej najlepszy piłkarz, jakiego kiedykolwiek w kraju nad Wisłą mieliśmy (to nie może być zbieg okoliczności, że dwie największe postacie polskiego futbolu miały to samo imię!).

Dobre teksty-wspomnienia na temat mistrza pojawiły się dziś m.in. u Michała Pola, Łukasza Anczyka i na soccerlog.net. Każdy z nich jest inny, każdy przedstawia Deynę w inny sposób. Dodatkowo wczoraj serwis legialive.pl opublikował obszerny tekst o wypadku i okolicznościach smierci jednej ze swych ikon.

I ja zapragnąłem więc oddać cześć „Generałowi”. Tym bardziej że gdzieś tam w głębi serca byłem, jestem  i na zawszę już przecież zostanę Legionistą. Tym bardziej, że jeszcze nie tak dawno dumnie paradowałem po Pradze w białej koszulce z czarnym napisem „Deyna Kazimierz – nie rusz Kazika, bo zginiesz. Szacunek” i z jego podobizną (potem tę ważną dla mnie koszulkę oddałem ważnej dla mnie osobie). Tym bardziej, że Pan Kazimierz był – o czym pewnie mało kto wie – fanem… Elvisa Presleya (jak i moja skromna osoba). Zresztą także co do wyboru ulubionego utworu z repertuaru króla jesteśmy zgodni: bezsprzecznie „You Are Always On My Mind”!

„Na boisku znakomicie umiał przewidzieć rozwój sytuacji. Dlatego nazwałbym go piłkarzem na… drugie podanie, bo myślał o jedno tempo szybciej niż inni.”

/Włodzimierz Lubański/

Nie będę jednak pisał kolejnej jego biografii czy przypominał statystyk „Kaki”. Nie będę też, poza dwoma wyjątkami, przytaczać najciekawszych momentów z jego kariery i innych historii czy anegdot. Od kilku lat w sieci istnieje bowiem wspaniała strona deyna.info, będąca prawdziwym skarbcem, ze wszystkim, co dotyczy pomocnika reprezentacji Polski.

O wielkości Deyny, o której przekonywać nikogo nie trzeba, niech na mym blogu poświadczą dwa niesamowite popołudnia, oba na Łazienkowskiej w Warszawie. Najpierw ten 4. czerwca 1969 roku i ligowy mecz z Pogonią Szczecin, a następnie ten 10 lat później – 18. września 1979 i jego spotkanie pożegnalne ze stołeczną publicznością.

Nic dwa razy się nie zdarzy?

Legia pokonuje Pogoń Szczecin i na dwie kolejki przed końcem rozgrywek utrzymuje pozycję lidera tabeli. Nie wygrana jednak, ani nawet jej rozmiary (6:0) wzbudzały tego wieczora najwięcej emocji. Na ustach wszystkich była sytuacja z 87. minuty meczu, kiedy to Kazimierz Deyna zdobył bramkę z rzutu wolnego.

deyna_legiaJak wspomina dziennikarz Stefan Szczepłek, Legia prowadziła po pierwszej odsłonie już 3:0. W przerwie na całym stadionie trwało święto i po 15 minutach zapalono jupitery. W drugiej połowie legioniści grali na bramkę od strony Torwaru. Po zmianie stron dosyć szybko na 4:0 podwyższył Janusz Żmijewski, a kwadrans przed końcem kolejną bramkę zdobył Jan Pieszko.

„(…) Do końca zostały trzy minuty, ale nikt nie opuszczał stadionu. Należało zostać, by schodzącym ulubieńcom podziękować za wspaniałe widowisko. Dzięki temu tych 12 tysięcy kibiców zobaczyło coś, co zdarza się pewnie raz na kilkadziesiąt lat. Bramkarz Pogoni Janusz Białek popełnił wykroczenie metr za linią pola karnego, na wprost bramki. Sędzia z Olsztyna, Włodzimierz Sekuła podyktował rzut wolny bezpośredni. Deyna strzelił w typowy dla siebie sposób. Podkręcił piłkę wewnętrzną częścią prawej stopy tak, że ominęła mur, zbudowany z zawodników Pogoni i wpadła w okienko bramki, z lewej strony Białka. W szale, jaki zapanował na trybunach, nie słychać było gwizdka sędziego, który dopatrzył się jakiegoś regulaminowego uchybienia, i gola nie uznał. Nikt później nie usiłował nawet pytać arbitra jaki miał po temu powód, bo następne wydarzenia sprawiły, iż decyzja sędziego przestała mieć znaczenie.

Pan Sekuła nakazał powtórzenie rzutu wolnego. Dla Deyny stanowiło to wyzwanie. Dla Białka i muru jego zawodników również. Stanęli bodaj w siedmiu, wydawało się, że zakryją całą bramkę, wyciągając wnioski z poprzedniego uderzenia. Takie już się nie powtórzy, nie ma cudów. To nie Garrincha w meczu z Bułgarią. I rzeczywiście, mieli rację. Teraz Deyna kopnął piłkę zupełnie inaczej. Rotacja była mniejsza, potrzebna na tyle, by ominąć mur nisko, obok nóg piłkarzy Pogoni. I nim, dobry skądinąd bramkarz, zdążył się zorientować co się dzieje, piłka leżała już w dolnym rogu jego bramki. Czegoś takiego ten stadion nie widział, choć grali na nim najlepsi piłkarze Europy!”

Dwie drużyny, dwie połowy, dwie bramki…

Pożegnalny mecz Deyny w barwach Legii Warszawa. Przeciwnikiem jest angielski Manchester City, czyli klub na którego polski pomocnik zamienił Legię. „Generał” gra pierwszą połowę w barwach CWKS, drugą w barwach gości. Dla obu zespołów zdobywa po jednej bramce…

„Nigdy wcześniej nie było, nie ma, i długo nie będzie w Polsce takiego dyrygenta, mózgu zespołu, jakim był Kazimierz Deyna. Deyna potrafił wszystko!” – Stefan Szczepłek.

A dla mnie „dycha” na koszulce już zawsze będzie się kojarzyć w pierwszej kolejności z trzema piłkarzami: Pele, Diego Maradoną i właśnie Kazimierzem Deyną!

Dobranoc.

/źródła: deyna.info, legialive.pl, wikipedia.org, legia.net i własne/