Nigdy nie darzyłem Cię sympatią, nigdy Ci nie kibicowałem. Szanowałem i podziwiałem, ale wolałem innych napastników. Działałeś mi na nerwy. Naśmiewałem się z Twych wystających zębów, nazywałem grubasem. Teraz już Cię tu nie ma a ja żałuję i tęsknię. Podobno to, jak bardzo ktoś był dla nas ważny, uświadamiamy sobie dopiero wtedy, gdy go stracimy…
Po raz pierwszy usłyszałem o Tobie w 1994 roku. Wszyscy mówili wówczas o młodym i niezwykle utalentowanym napastniku Cruzeiro Belo Horizonte, którego selekcjoner Carlos Alberto Parreira wziął na World Cup do Stanów Zjednoczonych. Niektórzy nazywali cię wtedy Ronaldinho. Dla mnie to były pierwsze mistrzostwa świata, które obejrzałem od deski do deski. Ty nie pojawiłeś się jednak w żadnym meczu. W finale kibicowałem nie Wam, ale Włochom…
Po turnieju zawitałeś na Stary Kontynent a do drzwi mego domu zawitała telewizja satelitarna a z nią Eurosport i słynne „Eurogole”. To dzięki nim oglądałem Twoje bramki w Holandii. O tym, że odchodzisz do Barcelony dowiedziałem się z kolei z prasy. Kupowałem wtedy (i czytałem z wypiekami na policzkach) „Przegląd Sportowy”.
Za nim po raz pierwszy wybiegłeś na Camp Nou, by zagrać w spotkaniu Primera Division, oglądałem Cię w Atlancie, podczas Igrzysk Olimpijskich w 1996 roku. W telwizyjnej ramówce królowaly inne olimpijskie dyscypliny. Transmisjami meczów piłkarskich nas wtedy nie rozpieszczano. Jakimś cudem udało mi się oglądnąć cztery ostatnie i najważniejsze zarazem pojedynki turnieju. W jednym z nich, w półfinale kibicowałem nie Wam, ale Nigerii…
Za Barçe zawsze trzymałem kciuki. Cieszyłem się więc, że tam trafiłeś. Pamiętam, jak wszystkie serwisy sportowe do znudzenia pokazywały Twój gol w meczu z Compostelą. Miałeś dopiero 20 lat a już byłeś wielką gwiazdą! Ja mimo to byłem wpatrzony w Twojego partnera z ataku, Bułgara Hristo Stoichkova. To on a nie Ty był wtedy mym wielkim idolem! Ty byłeś za to oczkiem w głowie prezydenta Nuneza i ulubieńcem trenera Robsona. Jaka szkoda, że spędziłeś tam tylko sezon…
Jeszcze większa szkoda, że Barcelonę, którą lubię zamieniłeś na Inter, za którym nie przepadam… Przybyłeś do Mediolanu jako najdroższy piłkarz świata. Witało Cię tysiące kibiców a koszulki z Twoim numerem i nazwiskiem sprzedawały się jak ciepłe bułeczki [to informacja dla nastoletnich kibiców Realu, którzy tamtych czasów nie pamiętają i myślą, że takie dantejskie sceny towarzyszą tylko transferom nażelowanych metroseksualnych lalusi] Potem od kibiców dostałeś nowy przydomek „O Fenômeno„ a od FIFA i France Football nagrody dla najlepszego piłkarza świata i Europy!
Wakacje roku 1998. Kolejny Mundial miał się zakończyć kolejnym triumfem Brazylii. Grałeś nieźle, zawsze jednak czegoś brakowało… Przed finałem z gospodarzami mówił o Tobie cały świat. Wszędzie tylko Ronaldo, Ronaldo i Ronaldo… Rzygać mi się chciało! W meczu o złoto kibicowałem nie Wam, ale Francji…

"Jest tylko jeden Ronaldo, który: strzelił trzy bramki Manchesterowi United na Old Trafford, trzykrotnie wygrał nagrodę FIFA dla najlepszego piłkarza na świecie, zdobył dwa mistrzostwa świata, jest najlepszym strzelcem w historii Mundiali, miał trzy niespodziewane powroty..."
Cztery lata i następne Mistrzostwa Świata. To był Twój wielki triumfalny powrót na piłkarskie salony. Grałeś z tą śmieszną grzywką na głowie. W dalekiej Japonii i Korei zostałeś królem strzelców, bijąc rekord goli zdobytych w jednym turnieju. Obie Twoje bramki w finale zapewniły Wam tytuł najlepszej reprezentacji globu. Tamtego dnia kibicowałem nie Wam, ale Niemcom…
Później – już z kolejną „Złotą piłką” – trafiłeś do Realu, klubu cyrku najemnych graczy z wielkimi nazwiskami, którego nienawidzę. Cały czas walczyłeś z kontuzjami. Postawiłem na Tobie krzyżyk. Myliłem się. Niestety jeśli chodzi o Ciebie, nie po raz pierwszy i nie ostatni…
Oto przyszedł bowiem 8. kwietnia 2003 roku a Twój „Biały balet” zawitał na Old Trafford, by tam zmierzyć się z gospodarzami w ćwierćfinale Ligi Mistrzów. Mimo porażki 3:4 to Wy awansowaliście! A Ty byłeś autorem wszystkich Waszych goli! Pamiętasz? Bo ja bardzo dobrze. Także i to, że gdy schodziłeś z boiska tysiące kibiców gospodarzy zgotowało Ci owacje na stojąco. Tobie – człowiekowi, który zniszczył ich marzenia o zwycięstwie w Champions League! W tamtym meczu kibicowałem nie Wam, ale „Czerwonym diabłom”…
Twój powrót do Mediolanu, choć głośny, nie wzbudzał już aż tak wielkich emocji, jak pierwszy przystanek w światowej stolicy mody. No może poza radykalnymi fanami rossonerich, którzy nie mogli wybaczyć i zapomnieć Ci, lat spędzonych w obozie ich odwiecznego rywala. Kontuzje, problemy z nadwagą i kłopoty w życiu osobistym sprawiły, że – mimo licznych przebłysków – byłeś już tylko cieniem samego siebie. Powrót do ojczyzny był tylko kwestią czasu…

Kariera Ronaldo (1993 - 2009): Cruzeiro Belo Horizonte, PSV Eindhoven, FC Barcelona, Inter Mediolan, Real Madryt, AC Milan, Corinthians Sao Paulo
Tymczasem w Europie pojawił się inny Ronaldo. Cristiano Ronaldo, Portugalczyk. Młody, przebojowy, niesamowicie utalentowany. Pół kontynentu szybko oszalało na jego punkcie! Drugie pół go nienawidzi… Po transferze ze Sportingu Lizbona do Manchesteru United, po tym jak seryjnie zaczął zdobywać gole, dla niektórych fanów MU stał się „pół-Bogiem”, porównywalnym do wcześniejszych ikon klubu – Besta czy Cantony.
Staram się być obiektywnym i chylę czoła przed jego umiejętnościami. Ale go nie lubię. Nazywam „płaczkiem”, „Krystynką” i – patrz wyżej – „nażelowanym metroseksualnym lalusiem” (pojawienie się i popularność słowa „metroseksualny” pozwoliła mi zaprzestać nazywania go „pedałem”, dzięki czemu nie obrażam już homoseksualistów). Jest symulantem. W momencie, gdy wydarzenia na boisku zaczynają układać się nie po jego myśli, złości się, skarży i ma łzy w oczach. Mam wrażenie, że połowę dnia spędza przed lustrem… A co najgorsze, niektórzy fani United twierdzą, że jest jedynym Ronaldo!
Tymczasem w tygodniu widziałem kolejny Twój hat-trick. W Brazylii, w meczu Twoich Corinthians z Fluminese. To właśnie te trzy trafienia sprowokowały mnie do napisania tego tekstu…
Nie jesteś już tym samym Ronaldo co kiedyś. Nie jesteś tak szybki, nie grasz z taką lekkością, poruszasz się ociężale… Ale to normalne. Czas robi swoje. Jednak wciąż jesteś wielki! Jesteś jednym z największych graczy, jakich w życiu widziałem! Szkoda, że Twój wkład w światową piłkę i to ile wniosłeś do mego futbolowego życia doceniam dopiero teraz, gdy już Cię tu nie ma i pewnie nie wrócisz… Mądry Polak (Polska to kraj w środkowo-wschodniej Europie. Byłeś u nas z w Krakowie z Realem, latem 2004 roku. Pamiętasz?) po szkodzie! Może w przypadku CR ocknę się i opamiętam prędzej. Może z nim będzie inaczej…
Sinto muito e obrigado!




